Akcyza na energię zamiast prywatyzacji

Agnieszka Berger
11-01-2002, 00:00

Akcyza na energię zamiast prywatyzacji

Nałożenie 2-groszowej akcyzy na producentów energii elektrycznej wydaje się przesądzone. Rządową inicjatywę poparła sejmowa Komisja Finansów Publicznych — 17 głosami przeciw 13 — a wkrótce uczyni to zapewne cały parlament. Szkoda tylko, że ani rząd, ani posłowie przed podjęciem tej ważkiej decyzji nie zajęli się w ogóle jej ogólnogospodarczymi skutkami, koncentrując się wyłącznie na aspektach fiskalnych.

Najwyraźniej pozabudżetowe konsekwencje opodatkowania energii na poziomie wytwórców nie interesowały posłów — przynajmniej tych, którzy poparli pomysł Rady Ministrów. Głosowali „za”, bo takie były ustalenia. Trudno bowiem uwierzyć, że do udzielenia poparcia rządowi przekonała ich obecna na posiedzeniu komisji Irena Ożóg, wiceminister finansów.

Oto koronne argumenty przytoczone przez wiceszefową resortu:

- Po pierwsze, producentom energii doskonale się powodzi i właśnie oni mają największe możliwości racjonalizacji kosztów. Dowód: Polskie Sieci Elektroenergetyczne dysponują potężnymi środkami, które — zamiast w energetyce — inwestują w całkiem innych branżach — i to aż w 37 spółkach. Ponadto średnia płaca w sektorze wynosi 4 tys. zł.

- Po drugie, nałożenie akcyzy na wytwórców energii będzie skutkowało tylko 8-9-proc. wzrostem jej cen, podczas gdy obciążenie podatkiem dystrybutorów wymusiłoby aż 13-15-proc. podwyżkę, nie gwarantując w dodatku pełnej ściągalności podatku. Dowód: szacunki MF.

- Po trzecie, producenci dostarczają energię w kontraktach długoterminowych, co ogranicza wolny rynek i determinuje ceny, nie wymuszając przy tym racjonalizacji kosztów. Dowód: brak rynku energii. Co było do udowodnienia.

O ile trudno uznać wszystkie tezy pani minister za z gruntu nieprawdziwe, o tyle przytoczona argumentacja jest, delikatnie mówiąc, wątpliwej jakości i robi wrażenie propagandy, a nie rzetelnej oceny. Dowód?

Po pierwsze, PSE — niewątpliwie bogatych — jako żywo nie da się zaliczyć do grona producentów energii. Po drugie, płace w energetyce, choć rzeczywiście wysokie, stanowią zaledwie kilkuprocentową cząstkę ogółu kosztów i nie mogą zniwelować akcyzy, której udział sięgnie 20 proc. Po trzecie, bliżej nie określone szacunki MF budzą wątpliwości, zwłaszcza że pani minister otwarcie przyznała, iż resort nie zdołał ocenić wpływu energetycznej akcyzy na inflację i koszty pracy, a pytanie jednego z posłów o konsekwencje dla przemysłu ciężkiego po prostu pominęła milczeniem. Po czwarte, w Polsce rzeczywiście brak rynku energii, której większość sprzedaje się wciąż w drogich KDT. Tyle że nowy podatek dotknie przede wszystkim tę grupę wytwórców, która sprzedaje prąd na skrawku wolnego rynku i najtaniej, ponieważ to właśnie oni mają najmniejsze rezerwy, a jednocześnie kwotowa akcyza będzie miała największy udział w ich kosztach.

A po piąte, gdyby rząd zapomniał, niezłym sposobem na poprawę efektywności jest prywatyzacja. Może nawet lepszym niż ślepy fiskalizm...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Berger

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Akcyza na energię zamiast prywatyzacji