Alchemia zarządzania

Jacek Konikowski
opublikowano: 17-11-2006, 00:00

Jedni mówią o niej: czarownica. Inni — dziewczyna z głową na karku. Wszyscy zazdroszczą kariery w iście amerykańskim stylu.

 

— Prezes ma spotkanie — rzuca sekretarka i zerka kątem oka na drzwi gabinetu Romana Karkosika.

— My wcale nie do niego.

Odpowiedź nieco ją zaskoczyła. Mimowolnie skierowała wzrok ku drzwiom gabinetu naprzeciwko. Po chwili pojawiła się w nich młoda atrakcyjna brunetka. W czerni przetykanej krwawą czerwienią. Ulubione kolory. Gotycka uroda. Twarz nastolatki.

Pierwsze skojarzenie? Wróżka z opowiadania fantasy. Albo raczej żyjący w ascezie alchemik, szukający sposobu przekształcenia ołowiu w złoto.

Tajemniczy opis? Kto pozna Karinę Wściubiak, przekona się, że trafny. Prezes zarządu giełdowej Alchemii, wiceprezes Huty Batory. Jeden z najdłużej chyba urzędujących szefów spółek giełdowych. I najmłodszy. Karina Wściubiak ma 29 lat.

Zdolna i ambitna

Jeszcze osiem lat temu marzyła o jakiejkolwiek pracy, wkuwając angielskie i włoskie słówka w Wyższej Szkole Języków Obcych i Ekonomii w Częstochowie. Wkuwanie szło gładko, choć akurat nie to chciała wkuwać, lecz paragrafy. Wola rodziców — rzecz święta: tłumacz i szkoła językowa. Dzisiaj Karina Wściubiak mówi, że z zawodu jest tłumaczem symultanicznym.

— Fajnie było w szkole, ale czułam, że tracę czas. Korciło mnie, żeby coś robić, pracować, nie siedzieć w domu. Pomysłów miałam mnóstwo. Rodzice wymyślali mi drobne zajęcia, bylebym tylko nie chciała rzucić nauki i pracować zarobkowo. Tak naprawdę nie chodziło mi wtedy o zarabianie, lecz o pracowanie — mówi Karina Wściubiak.

Studia ukończyła z wyróżnieniem. I wreszcie upragnione wertowanie ogłoszeń o pracę. Najlepiej sekretarki lub asystentki.

— Właśnie zaczęłam uczyć włoskiego i angielskiego w prywatnej szkole, gdy trafiłam na ogłoszenie Boryszewa. Szukali asystenta zarządu z biegłym angielskim. Chętnych zgłosiło się mnóstwo. Mnie się udało. Ponoć miałam w sobie to bliżej nieokreślone „coś” — mówi Karina Wściubiak.

Została asystentką ówczesnego prezesa zarządu Małgorzaty Żareckiej-Piątkowskiej. Twarde lądowanie. Od razu rzucono ją na głęboką wodę: bilanse, zestawienia, uchwały zarządu.

— Przeżyłam horror. Pani prezes przydzieliła mnie jako tłumacza do jednego z konsultantów z Unii Europejskiej. To było krótko przed wejściem Polski do Unii. Boryszew musiał się do tego przygotować. Pracowałam z tekstami ekonomicznymi, ale tak zaawansowanymi, że z trudem dawałam sobie radę. Kipiało z nich zupełnie nowym słownictwem. Nikt mnie wcześniej go nie uczył, bo też nikt kiedyś nie sądził, że wejdziemy do Unii. Wkuwałam słówka jak w szkole. Mało tego, nie dość, że pierwszy raz widziałam na przykład bilans, to jeszcze musiałam go poprawnie przetłumaczyć. Przez pierwsze trzy miesiące przechodziłam katorgę. Siedziałam po nocach z moim ojcem. Wbijał mi do głowy podstawy ekonomii — opowiada Karina Wściubiak.

Nie zawsze i nie wszystko wchodziło łatwo.

— Tata tłumaczył mi wiele rzeczy łopatologicznie, na obrazkach. Mówił: twoje mieszkanie, pralka, lodówka — to są aktywa. Wzięłaś je na kredyt, więc spłacasz raty — pasywa. I na takiej zasadzie przerobiliśmy podstawy ekonomii. Po paru miesiącach tej edukacji i stosie pochłoniętych książek miałam jako takie pojęcie o funkcjonowaniu przedsiębiorstwa od strony finansowej. Tyle że spałam po cztery godziny i schudłam rekordową liczbę kilogramów — wspomina Karina Wściubiak.

— Młodziutka, szczuplutka, sprawiała wrażenie lekko przerażonej, ale radziła sobie, mimo że wskoczyła do głębokiej wody. Uczestniczyła w wielu spotkaniach, jak na osobę z tak małym doświadczeniem prowadziła wiele trudnych spraw, ale potknięć nie miała zbyt dużo — mówi jeden z ówczesnych członków zarządu Boryszewa.

Minęło jakieś sześć miesięcy, może siedem. Pewnego dnia szefowa poprosiła młodą asystentkę do swojego gabinetu. W nim Karina Wściubiak poznała Romana Karkosika, właściciela Boryszewa.

— Przyda ci się, jest zdolna i ambitna — przedstawiła ją dotychczasowa szefowa.

Zrozpaczona i bezwzględna

— Bałam się nowego szefa. Byłam przerażona. Owszem, wyglądał na sympatycznego, ale na początku wydawało mi się, że to niemożliwe, żeby on był sympatyczny, że jemu o coś chodzi. Rozbiegany myślowo, tysiąc pomysłów na minutę. Początkowo nie nadążałam za nim. Jak dzwonił, to aż mi ręka ze słuchawką drżała — wspomina Karina Wściubiak.

Roman Karkosik lubi brać ludzi pod włos. Wrzucać na barki stukilowy kamień i patrzeć, jak go taszczysz. Dasz radę, jesteś gość, padasz — odpadasz. Tak mówią ci, którzy z nim pracują.

— Przydziela trudne zadania, ponad siły. Działa na ambicję. I nigdy nie chwali, za to zawsze krytykuje. Dzisiaj wiem, dlaczego. Sądzi, że jego krytyka wyzwala w nas kreatywność i pomaga w naszym rozwoju. Mam to samo — mówi Karina Wściubiak.

Praca z Karkosikiem nie przypominała wakacji. Karina Wściubiak dostała swoją pierwszą samodzielną działkę — pokierowanie działem inwestycji internetowych i stworzenie internetowych platform handlowych. Miała stworzyć platformę internetową, za której pośrednictwem Boryszew mógł oferować wszystkie swoje produkty. Dawna asystentka zarządu dostała prawie 30-osobowy zespół fachowców. Czas po temu był w sam raz, bo internetowa bańka wciąż rosła.

Niewiele jednak zdążyła zdziałać. Na początku 2000 r. w ręce Romana Karkosika, trochę przez przypadek, trafiły dwie garbarnie: Skotan i Garbarnia. Prezes miał mizerne pojęcie o garbarstwie. Nie wiedział o dołku koniunkturalnym ani o tym, że garbarstwo w Polsce to trudny chleb, a już na pewno nie szybkie pieniądze. Dyrektorem handlowym Skotanu została Karina Wściubiak. Na trzy miesiące.

— Zdążyłam odwiedzić kilku kluczowych klientów, pojechać na targi do Hongkongu, gdy pan Karkosik poprosił mnie do siebie i powiedział: Z Garbarnią jest kiepsko, bardzo kiepsko. Właściwie to porażka, ale nie wyślę tam nikogo doświadczonego, bo zabraknie mu energii i chęci, żeby ją postawić na nogi. Zaraz złoży wniosek o upadłość i na tym się skończy. Jedyna szansa w kimś młodym i szalonym. Mam na myśli ciebie. Jak chcesz, spróbuj jako prezes. Uda ci się, to dobrze. Jak nie, wracasz do Boryszewa. Zgodziłam się. Przecież takich okazji w życiu się nie marnuje — mówi Karina Wściubiak.

Pierwszy tydzień w Garbarni. Nieprzespane noce, płacz, histeria. Najczęściej pojawiająca się myśl: to się nie może udać.

— Nie potrafiłam nad niczym zapanować. Tragiczna sytuacja. Zaczęłam żałować decyzji. W dzień próbowałam się zorientować, o co chodzi w garbarni, a problemów była cała hałda, brak pieniędzy na wypłaty, długi w bankach, wypowiedziane kredyty, stos faktur do zapłacenia. Wieczorem i nocą beczałam z bezsilności — wspomina Karina Wściubiak.

Doszło coś jeszcze. Garbowanie skór to robota dla facetów. Kobiet tu niewiele. Kto choć raz był w garbarni, ten wie — smród wyprawianych skór potrafi zwalić z nóg. To nie perfumy. A tu nagle pojawia się małolata i rządzi. Żeby chociaż znała się na garbowaniu.

— Kadra kierownicza była w wieku moich rodziców. Nawet moja sekretarka miała ode mnie 20 lat więcej. Uważali mnie za smarkulę, co to pojęcia nie ma o niczym. Dobijał mnie ich protekcjonizm, takie lekceważące „a co ty tam wiesz, pojęcia nie masz, a chcesz zmiany wprowadzać, nawet nie próbuj, bo przecież i tak ci nie wyjdzie”. Walczyłam z tym, jak mogłam. Ostrym makijażem, szminką i ubiorem próbowałam sobie dodawać lat — opowiada Karina Wściubiak.

Makijaż nie pomógł. Dopiero gdy zaczęła zwalniać z pracy, uśmieszki zniknęły. Poleciały głowy i to na kluczowych stanowiskach. Ich miejsce zajęły nowe „kołnierzyki pani prezes”. Ludzie zaczęli się jej bać. Do dzisiaj nietrudno w Brzegu o takich, którzy krzywią się na jej widok.

— Tuż przed Wigilią zwolniła kilkanaście osób, da pan wiarę? Myślała, że jak zacznie machać wypowiedzeniami z pracy, to ludzie zaczną ją szanować? — zastanawia się jeden z pracowników garbarni.

— Byłam piłą. Ludzie panicznie się mnie bali, ale wtedy te zwolnienia to był jedyny sposób, żeby uratować spółkę przed upadłością. Bez drastycznego ograniczenia kosztów firma nie miałaby szans przetrwania. Nie mogłam osiągnąć tego inaczej niż przez rządzenie głupią agresją. Dzisiaj przykro mi wobec ludzi, których musiałam zwolnić, ale z drugiej strony wiem, że należało tak postąpić. Cel uświęca środki — mówi Karina Wściubiak.

Bezwzględna 24-latka. Bali się jej, ale też zaczynali ją szanować.

— Mieli rację. Nie miałam pojęcia o garbarstwie, ale się uczyłam. Po nocach siedziałam na hali produkcyjnej, bo praca trwa również nocą. Często wracałam do swojego pokoju w marnym hoteliku i o pierwszej w nocy przyjeżdżałam z powrotem do zakładu, bo akurat zmieniano proces technologiczny. Podpatrywałam, uczyłam się. Zaangażowałam się w garbarnię, chociaż wiedziałam, że kwalifikuje się do upadłości. O płynności finansowej zapomniano w niej od ładnych paru miesięcy. Kiepska technologia, mnóstwo reklamacji, sterta długów — mówi Karina Wściubiak.

Otoczyła się swoimi fachowcami. Z Włoch ściągnęła włoskiego speca od garbarstwa. Nie pomogło. Rynek rządził się swoimi prawami: tanie skóry z Chin, zero państwowych dotacji, takich jak w innych krajach. Garbarstwo w Polsce po prostu nie miało przed sobą przyszłości. Gdy Karina Wściubiak próbowała przekonać Romana Karkosika, że to strata czasu, nie uwierzył. Jednak po pół roku przyznał jej rację. Ale Garbarnia nie upadła. Mimo zadłużenia. Zmieniła profil. Z garbowania skór przerzuciła się na recykling tworzyw sztucznych i handel paliwami. Z jej przekształcenia powstała Alchemia.

— Nazwa nieprzypadkowa. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co będziemy robić, paliwa, a może coś innego. Na pewno coś, co przynosi spektakularne zyski, więc Alchemia to była dobra nazwa. Alchemik to ktoś, kto zamienia ołów w złoto — żartuje Karina Wściubiak.

Po okresie garbarskim pozostała kobieca pasja: zamiłowanie do skórzanych torebek i butów.

— Jak widzę u kogoś coś ciekawego, to nie mogę się powstrzymać, muszę dotknąć. Może zabrzmi śmiesznie, co powiem, ale produkcja skóry jest fascynująca, można takie cuda z niej zrobić, o jakich się nie śniło. Znam człowieka, który wygarbował skórę ryby, z łuskami. Widziałam torebkę z takiej skóry — mówi Karina Wściubiak.

Kiedy w 2004 r. Garbarnia (późniejsza Alchemia) dostała koncesję na obrót paliwami, jej akcje poszybowały z 3 złotych do 10 złotych. Wściubiak zaczęła je sprzedawać. Cena spadła do 3,5 złotego. Po kilku miesiącach zaczęła z kolei kupować akcje po 10 złotych. Zrobił się szum wokół tej transakcji, bo jak to, sprzedała taniej, żeby kupić drożej? — dziwili się inwestorzy.

— Kupiłam mieszkanie. Z pieniędzy ze sprzedaży niewielkiego pakietu akcji. Później je odkupiłam, płacąc dużo więcej — tłumaczy Karina Wściubiak.

Zielona i stalowa

Garbarstwo nie wypaliło, ale na horyzoncie zadymiła huta. W 2005 r. Roman Karkosik kupił od syndyka Hutę Batory w Chorzowie. W upadłości. I znowu rozmowa jak przed laty o Garbarni: Karina, jest huta, w kiepskiej kondycji. Jedź, zobacz papiery, zrób, co się da. Pojechała.

— Znowu byłam zielona. O hutnictwie wiedziałam tyle, co kiedyś o garbarstwie, ale czułam, że to moja kolejna życiowa szansa, więc nie oponowałam. Pomogli ludzie. Prezes Huty okazał się fachowcem, hutnikiem zapaleńcem. Bez niego nie dałabym sobie rady — mówi Karina Wściubiak.

Huta wymagała zmian i redukcji. W tym Karina Wściubiak była dobra. Koniunktura też o niebo lepsza niż w garbarstwie. Słowem, tym razem poszło łatwiej. Huta weszła w skład Alchemii. Wkrótce zaczęła przynosić zyski. Dzisiaj jest największym w Polsce i trzecim co do wielkości w Europie producentem stalowych rur bez szwu.

— Dzisiaj, na szczęście, moja rola ogranicza się do zarządzania gotówką. Paradoksalnie, mam jej teraz sporo. Już nie biegam za pieniędzmi dla huty. Najtrudniejszy okres mam za sobą — mówi Karina Wściubiak.

Podsumujmy. Alchemia — największy w 2005 r. awans w rankingu wartości spółek notowanych na GWP: skok ze 136. pozycji na 28. miejsce i dołączenie do grona kandydatów do wejścia w skład indeksu WIG20. Ma najwyższą kapitalizację ze wszystkich spółek giełdowych kontrolowanych przez Romana Karkosika. Huta Batory, z firmy, nad którą unosiło się widmo bankructwa, stała się zdrową, przynoszącą zyski firmą. W 2006 r. mają wynieść 80-100 mln zł. Nieźle jak na 29-letnią, byłą asystentkę zarządu.

— Ambicja, pracowitość, konsekwencja i skuteczność. To podstawowe cechy, jakie musi spełniać menedżer. Cechom tym musi towarzyszyć wyczucie biznesowe i intuicja. Samymi cyframi i słupkami nie da się osiągnąć sukcesów — mówi Roman Karkosik.

Jego zdaniem Karina Wściubiak to dobry menedżer.

— Wyciągnęła spółkę z kryzysu. Przekształciła ją w kurę znoszącą złote jajka — dodaje biznesmen.

Uważa, że o sukcesie biznesowym Kariny Wściubiak przesądził jej wyjątkowy upór i pracowitość, ale również odrobina szczęścia.

— A szczęście sprzyja lepszym — podsumowuje Roman Karkosik.

Niektórzy mówią o niej „najemnik Karkosika”. Ją wkurza to niemiłosiernie.

— Pracuję w spółkach Romana Karkosika jako wynajęty menedżer — ucina stanowczo.

Kształcona i pracoholiczka

Udało jej się skończyć studia MBA. Jak sama mówi, raczej dla świętego spokoju niż z potrzeby. Bo tak naprawdę niewiele dają.

— Większość case study, jakie mieliśmy na tych studiach, były tak abstrakcyjne i śmieszne w porównaniu z tym, co właśnie przechodziłam w Garbarni, że nawet nie potrafiłam się wczuć w rolę kogoś, kto na przykład fikcyjnie otwiera szkołę czy negocjuje zakup przedsiębiorstwa. Bzdury totalne. Byłam najgorszym negocjatorem w całej grupie. MBA dało mi jedynie spokojne sumienie i dopisek w papierach, nic poza tym — mówi Karina Wściubiak.

Młoda, atrakcyjna, niezamężna. Postawiła na pracę. Raczej „nie bywa”, nie cierpi imprez, spędów towarzyskich. Twierdzi, że to strata czasu. Hobby, zainteresowania? Trudna sprawa, bo zamiast o nich, woli mówić o planach inwestycyjnych.

— Mam tak aktywne życie zawodowe, że nie pozostaje zbyt wiele czasu na zainteresowania czy hobby. Praca to jest moje hobby, mój relaks — tłumaczy.

Ostatnio przeczytana książka, nie ekonomiczna? Chwila ciszy. Chyba „Samotność w sieci”. Przez przypadek. Ktoś jej podrzucił. Obejrzany film? Nie pamięta, kiedy była ostatnio w kinie. Za to w domu najważniejszy mebel to pianino. Gra?

— Tak, uwielbiam, ale to miłość zaniedbana, nie mam na to czasu. Zresztą, nawet nie jest nastrojone.

Z tematu hobby szybko przechodzimy znowu do planów inwestycyjnych. O marzeniach stworzenia silnej grupy kapitałowej wokół polskiej stali. O planowanych akwizycjach zagranicznych. Na inne marzenia nie ma czasu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu