Specjalista podkreśla, że ryzyko wynika przede wszystkim z siły amerykańskiego rynku petrochemicznego. W Stanach Zjednoczonych inwestuje się dziś przede wszystkim w instalacje oparte o etan, który dzięki rewolucji łupkowej jest tam bardzo tani. To oznacza, że projektowana przez Lotos i Azoty instalacja, oparta o naftę, może być niekonkurencyjna w stosunku do instalacji amerykańskich. Zwłaszcza, że odległość nie jest dziś znaczącym problemem. W Europie są już zresztą firmy, które wolą sprowadzić etylen zza oceanu niż budować własną instalację – przykładem jest Ineos, który w zeszłym roku otworzył w okolicach Antwerpii terminal do importu tego produktu ze Stanów Zjednoczonych.
- Widać jednak scenariusze, w przypadku których sukces instalacji Azotów i Lotosu będzie możliwy. Po pierwsze, będzie to możliwe jeżeli zajdzie zmiana relacji ceny etanu i nafty, tzn. relatywny spadek ceny nafty - mów Wojciech Kozłowski.
- Po drugie, za 5-7 lat możemy mieć do czynienia z drugą falą rewolucji łupkowej, obejmującą Argentynę, Ukrainę, Polskę, RPA czy Chiny, a więc kraje które dysponują potencjałem w tym względzie. Dobrze by zatem było, aby przy projektowaniu instalacji Azoty i Lotos były gotowe na ewentualną modyfikację specyfikacji i umożliwienie zasilania etanem - dodaje analityk BM BESI.
Wreszcie po trzecie, instalacje na nafcie mają szanse konkurować z etanowymi dzięki sprzedaży produktów ubocznych, czyli np. propylenu, butadienu, benzenu etc. Produkcja etylenu z etanu daje takich produktów dużo mniej.
- Takich scenariuszy jest zresztą bez wątpienie jeszcze więcej. Zadaniem na kolejny rok jest więc ich gruntowna analiza i ostatecznie podjęcie racjonalnego ryzyka - uważa Wojciech Kozłowski.
Analityk o inwestycji Azotów i Lotosu
Decyzja o inwestycji w taką instalację petrochemiczną na pewno wiąże się z potężnym ryzykiem, ale w biznesie trzeba je podejmować - komentuje Wojciech Kozłowski, analityk BM BESI.