Justyna Pawlak
WARSZAWA (Reuters) - Minister finansów Jarosław Bauc być może nie stracił swojej posady nadaremnie.
Paradoksalnie, wtorkowa dymisja Bauca, który wzywał do zasadniczych cięć w budżecie, by uniknąć kryzysu finansów publicznych, może sprawić że następnemu rządowi, bez względu na jego polityczne pochodzenie, łatwiej będzie ograniczać wydatki.
Dymisja ministra, który w rządzie nie miał zbyt mocnej pozycji politycznej, pokazuje jak głęboki jest kryzys finansów publicznych w Polsce i do jakiego stopnia prawicowy gabinet nie jest w stanie efektywnie z nim walczyć.
Rynki zareagowały jednak na to wydarzenie spokojnie. Inwestorzy mają prawdopodobnie nadzieję, że nowy, zapewne lewicowy rząd stworzony po wyborach 23 września, wykorzysta okazję, by przekonać zniechęconą opinię publiczną do wprowadzenia radykalnego pakietu osczędnościowego.
"Fakt, że rząd wpadł w takie kłopoty które zmusiły go do wyrzucenia ministra finansów, działa na korzyść lewicy" - powiedziała Sonja Gibbs, analityk z banku Nomura International w Londynie. "Będzie im łatwiej usprawiedliwić cięcia" - dodała.
Analitycy ostrzegają, że bez radykalnego zaciśnięcia pasa deficyt Polski może wzrosnąć tak bardzo, że nie uda się go pokryć z pożyczek na rynkach papierów skarbowych, co mogłoby wywołać ogólny kryzys i utrudnić wejście Polski do Unii Europejskiej.
Bauc, który według niektórych komentatorów, a także członków banku centralnego, zapłacił polityczną cenę za głoszenie złych wieści ostrzegał, że deficyt budżetowy może w przyszłym roku wzrosnąć trzykrotnie i wynieść 11 procent PKB wobec 3,9 procent w tym roku.
Jednak premier Jerzy Buzek uznał, że ostrzeżenia Bauca nadeszły za późno i zażądał jego dymisji.
Problemy finansowe Polski rozpoczęły się na początku tego roku, kiedy to spowolnienie gospodarcze zaczęło się niekorzystnie odbijać na przychodach do budżetu.
Do tego doszły problemy spowodowane opóźnieniami we wprowadzaniu reform strukturalnych, nieefektywność wielu agend rządowych i wysokie koszty reformy systemu ubezpieczeń społecznych.
WAŻNA LEWICA
Sojusz Lewicy Demokratycznej (SLD), który w sondażach cieszy się prawie 50-procentowym poparciem, stanie przed niewdzięcznym zadaniem ograniczenia wydatków i zreformowania finansów publicznych. Jednocześnie przy malejącym wzroście PKB rośnie bezrobocie a w ślad za nim napięcia społeczne.
Analitycy zwracają uwagę, że kryzys finansów publicznych stał się centralnym punktem kampanii wyborczej. Według części obserwatorów wyrzucenie Bauca było desperacką próbą niepopularnego rządu, by zdobyć trochę głosów.
Obecna sytuacja stwarza jednak szanse dla SLD, by po prawdopodobnym dojściu do władzy zwalić winę na poprzedników i w ten sposób usprawiedliwić niezbędne cięcia.
"Następnemu ministrowi finansów będzie teraz łatwiej przyjść do swojego premiera i powiedzieć mu, że cięcia wydatków są nieuniknione" - powiedział Erik Nielsen, analityk z banku Goldman Sachs w Londynie.
SLD jak na razie milczy na temat swoich planów dotyczących polityki fiskalnej, ale poparło rządową propozycję utrzymania w 2002 roku deficytu poniżej 40 miliardów złotów, czyli tylko nieznacznie powyżej poziomu jakiego domagał się Bauc, który mówił o 35 miliardach.
"Dymisja Bauca wydaje się być ostatnią próbą zdobycia dodatkowych głosów (...) Tak czy inaczej SLD poparło deficyt budżetowy na 2002 rok na poziomie 40 miliardów, a więc takim, który rynek jest w stanie zaakceptować" - napisali w raporcie analitycy banku HSBC w Londynie.
Obecny rząd także wydaje się przyjmować bardziej umiarkowaną retorykę. Wicepremier zadeklarował ostatnio, że finanse publiczne wymagają szybkiej reformy.
"Polska potrzebuje głębokiej reformy sektora publicznego, nie ma co do tego wątpliwości" - powiedział Gazecie Wyborczej Janusz Steinhoff.
"Co więcej reforma ta, trudna z przyczyn społecznych, ale niezbędna w perspektywie długookresowej, powinna być uzgodniona ze wszystkimi partiami politycznymi" - dodał.
((Reuters Serwis Polski, tel +48 22 653 9700, fax +48 22 653 9780, [email protected]))