Tylko ktoś bardzo naiwny politycznie mógł się spodziewać, że Trybunał Konstytucyjny wyda orzeczenie jednoznacznie rozstrzygające, kto — prezydent Rzeczypospolitej Polskiej czy prezes Rady Ministrów — jest ważniejszy i uprawniony do reprezentowania stanowiska Polski na szczytach Rady Europejskiej. Sędziowie wydali wczoraj orzeczenie w duchu Konstytucji RP, czyli podtrzymujące równowagę skonfliktowanych władz.
Trybunał z jednej strony stwierdził, że gdy głowa państwa zechce — może na każdy szczyt jechać i służby rządowe na pewno nie mogą jej zabierać samolotu. Ale
o tym wiedzieliśmy już dawno i za incydent z października ubiegłego roku mocno krytykowaliśmy ekipę rządową. Jednak z drugiej strony potwierdził uprawnienia rządu do określania stanowiska Polski i nakazał prezydentowi współdziałanie z właściwym ministrem, głównie spraw zagranicznych oraz finansów — o czym też wiedzieliśmy.
Generalnie wyrok wypada ocenić jako remisowy. Premierowi Donaldowi Tuskowi oczywiście nie o to chodziło, ale nie powinien się martwić, jako że za półtora roku sytuacja może się odmienić i to jemu będzie zależało na zwiększeniu uprawnień prezydenta. Oczywiście szef PO zakłada, że premier będzie wówczas swój, czyli spolegliwy — ale kto to wie. Przykład szorstkiej współpracy Aleksandra Kwaśniewskiego z Leszkiem Millerem potwierdza, że pewnym nie można być nikogo…
Jacek Zalewski