Na wschodzie wrze.
Aptekarze z Białegostoku i Łomży toczą wojnę o pacjentów. Bywa, że leki, nawet narkotyczne, rozdaje się za darmo, a pacjentom — płaci się za realizację recept.
Łomża. Apteka Na Dwornej. Nowoczesna, pachnie świeżością. Spora inwestycja. Wewnątrz tłum. Większość klientów studiuje ulotkę, którą wręczyła im dziewczyna przed wejściem. Istne cuda: „Apteka rozpoczyna ogólnowojewódzką akcje wspierania pacjentów szczególnie wymagających”. Poniżej lista kilkudziesięciu leków — drogie, specjalistyczne i na receptę. Ceny hurtowe większości zaczynają się od 80-100 zł. Obok nazwy każdego specyfiku dwie kolumny: w pierwszej same zera (opłata pacjenta), w drugiej — kwoty od 5 do 40 zł („wsparcie finansowe przy zakupie 1 opakowania”). Każdy, kto przedstawi receptę np. na Zoladex, Lucrin Depot czy Diphereline, dostanie go za darmo, a aptekarz wypłaci mu dodatkowo 40 zł „wsparcia”.
— Rozdajecie leki? — i proszę o witaminę C (jako jedyny z kolejki).
— Dopłacamy! Za receptę na lek z listy, płacimy pacjentowi gotówką — w zależności od przepisanego leku. I fiata pandę może pan wygrać! — tłumaczy młoda pani magister.
— A plastry?
— Durogesic? 5 plastrów w opakowaniu. Dopłata od 10 do 15 zł — w zależności od dawki. Ale musi być recepta. Coś jeszcze prócz witamin?
Chciałbym, ale serce mam jak dzwon, a leki na liście — głównie dla sercowców. Sprzed apteki dzwonię do ciotki, farmaceutki z Łodzi.
— Durogesic? Plastry z fentanylem, substancją z grupy narkotycznych, jak morfina. 100 zł za opakowanie. Silne działanie przeciwbólowe. Na receptę. Trzymam to w szafie pancernej z lekami narkotycznymi, a każdą sprzedaż muszę odnotować w książce narkotycznej. Znajomą, która wiozła Durogesic w torebce, na Okęciu prawie zjadł pies od narkotyków — tłumaczy ciotka.
Gdy opowiadam, co się dzieje w Łomży, myśli, że żartuję. Stoję jak wryty z ulotką w ręku i próbuję zrozumieć, jakim cudem lek, który w Łodzi na receptę kosztuje 3,20 zł (ten ryczałt płaci pacjent, resztę refunduje NFZ) w centrum Łomży aptekarze „rozdają” i jeszcze wciskają klientom 15 zł. Ale niebawem okaże się, że marketingowy cud w Łomży jest niczym — w porównaniu z tym, co się dzieje w Białymstoku.
Marketing jak petarda
Apteka Na Dwornej w Łomży należy do kilku wspólników. Jednym z nich jest Marek Morusiewicz, który prowadzi jeszcze dwie własne apteki w Białymstoku na Lipowej, najdroższej ulicy w mieście: Przy Ratuszu mieści się tuż przy pl. Kościuszki, a Centrum Farmaceutyczne „pod dwudziestką” — czyli w dawnym komisariacie policji. W obu, podobnie jak w Łomży, pacjent dostaje leki za darmo i pieniądze do ręki. Przed tą Przy Ratuszu dziewczyna wręcza wchodzącym ulotki. A w nich identyczna lista leków, lecz bez „narkotykowych” plastrów. Każdy lek kosztuje po groszu, do każdego identyczne dopłaty jak w Łomży w gotówce (w ulotce nazwane „finansowym wsparciem”). Co ciekawe, dotyczy to leków drogich, które w hurtowni kosztują od 100 do 700 zł. Napis na ulotce: „Teraz my płacimy. Gotówka dla pacjenta”.
Kim jest pomysłodawca tej nietypowej „promocji”? I jakim cudem wychodzi na swoje? Niestety, Marek Morusiewicz nie znalazł czasu dla „PB”, by wyjaśnić mechanizmy „finansowego wsparcia” swoich klientów. Znajduje go jednak dla lokalnej gazety, w której zamieszcza wielkie reklamy aptek i objaśnia kulisy „promocji”. Rysuje się następujący mechanizm: NFZ refunduje aptece ustawową cenę leku (do limitu ceny) — np. 100 zł w hurcie. Jeżeli aptekarz kupi go od hurtownika taniej niż inni, bo np.: wynegocjuje wyższy rabat, i dostane lek nie za 100, a za 80 zł — ma 20 zł zysku. Potem dolicza 12 zł ustawowej marży (to granica — aptekarz zarabia tyle na leku kosztującym w hurcie powyżej 100 — nawet jeśli to 2000 zł). W sumie na pudełku zarabia 32 zł. Co zrobi z tymi pieniędzmi? Może je schować do kieszeni albo… podzielić się z pacjentem i część albo wszystko wypłacić mu w gotówce. Po co?
— By zdobyć klienta, zabrać go konkurencji. Emeryt czy rencista chętniej będzie kupował inne leki w jego aptece niż gdzie indziej. Więcej klientów — większy obrót, większe zyski. Starsi ludzie rzadko kiedy chorują tylko na nadciśnienie czy cukrzycę — tłumaczy dr Jan Chlabicz, podlaski wojewódzki inspektor farmaceutyczny.
Marek Morusiewicz „sprzedawał” w ten sposób wiele leków (w tym insulinę) za jeden grosz. Reprymendę Okręgowej Izby Aptekarskiej puścił mimo uszu. W prasie stwierdził wprost, że nie zamierza rezygnować z promocji. I zapowiedział, że będzie dopłacał więcej. A skoro konkurencja nie potrafi sobie z tym poradzić, to jej problem.
Pigułkowa bitwa
Mimo protestów Wojewódzkiego Inspektoratu Farmaceutycznego i samorządu aptekarskiego Marusiewicz nadal reklamuje i rozdaje. Nie on jeden. Prawo mówi jedno: leków reklamować nie wolno, ale życie podpowiada: cel uświęca środki.
— W Białymstoku trwa niemal wojna! Przed aptekami roznosiciele wciskają klientom ulotki, na aptekach reklamy jak w hipermarketach, aptekarze walczą o przetrwanie wszelkimi sposobami, czasem nawet szyby lecą... Ile aptek przez to zbankrutowało! — ocenia dr Grzegorz Kucharewicz, prezes Okręgowej Izby Aptekarskiej w Białymstoku.
I dorzuca, że gorączkową rywalizację wzniecił właśnie Morusiewicz. Przed 2 laty zaczął reklamować preparaty Vichy, wkrótce potem leki OTC (nie na receptę). Pół roku później zareagował Cefarm (reklamy w prasie, radio i lokalnej telewizji). W aptekach Cefarmu wręczano klientom karty rabatowe (5 proc. zniżki). Przed świętami robili to nawet Mikołaje. Za Cefarmem poszli prywatni aptekarze. Twierdzą, że nie mieli wyjścia, bo inaczej pozamykaliby apteki z braku klientów. Dziś w Białymstoku reklamują się prawie wszyscy. Witryny kuszą napisami: „Najtańsze leki”, „Leki po cenie hurtowej”, „Darmowe leki”. Apteki, by obniżyć koszty, zaczęły tworzyć nieformalne sieci zakupowe, które — rozmawiając z hurtownikami — ostro zbijają ceny. 26 aptek stworzyło grupę Apteki Niskich Cen, kilka innych działa pod szyldem Apteki Pro, są też Apteki Sąsiedzkie. Każda kusi: „Tnij wydatki, kupuj taniej” albo „Teraz My płacimy. Gotówka dla pacjenta” czy też „Apteki niskich cen. Kampania Tani Lek”.
Pod okiem wroga
Kucharewicz chwali się apteką w jednym z białostockich osiedli.
— Wie pan, kto mieszka dwa piętra nad moją apteką? Marusiewicz! — mówi Kucharewicz.
Zły jest na to sąsiedztwo, bo to dla niego diabeł wcielony. Gdyby nie on, byliby klienci i zyski... Tymczasem ruch mizerny. Zza witryny widać dwie apteki. Na każdej reklamy.
— Większość białostockich aptekarzy łamie prawo?
— Co mieliśmy robić: patrzeć i po miesiącu pozamykać apteki? Musieliśmy walczyć tą samą bronią — odpowiada prezes Kucharewicz nieco wymijająco.
— No, ale to przecież nieetyczne, sam pan powiedział...
— Nie chcemy, ale musimy. Czy jak zaczniemy myśleć o etyce, to inni też? Tylko czekają, by nas wykurzyć z rynku! Zresztą 28 kwietnia wydaliśmy, my, Okręgowa Izba Aptekarska, uchwałę zakazującą od 1 czerwca naszym członkom stosowania reklamy. Ale nie możemy jej zakazać właścicielom aptek takich jak Marusiewicz, niefarmaceutów.
— Czyli farmaceuta będzie musiał patrzeć jak kolega niefarmaceuta, powiedzmy elektryk, który otworzył aptekę i zatrudnił farmaceutę, zabiera mu klientów?
— Co najwyżej zmieni kierownika. Co w tym najgorsze? Lekceważenie nas przez władze. Przecież o wszystkim, co pan już wie, wie również GIF i minister zdrowia Marek Balicki. Oni to wiedzą od miesiąca — i co? — mówi Kucharewicz, wskazując na pustą aptekę.
Kulawe prawo
Sprawa wydaje się prosta. W Polsce nie wolno reklamować m.in. leków na receptę, a już na pewno rozdawać ich za darmo. Zwłaszcza narkotyków, zwłaszcza przez apteki.
— Rynek sprzedaży leków podlega takim samym prawom jak każdy inny. Reklamy apteki Przy Dwornej w Łomży oraz aptek: Centrum Farmaceutyczne i Przy Ratuszu, w tym prasowe, wielokrotnie naruszyły ustawę Prawo farmaceutyczne (w szczególności art. 60.1 — reklama może być prowadzona wyłącznie przez podmiot odpowiedzialny lub na jego zlecenia: apteka takim podmiotem nie jest). W świetle tego przepisu apteka nie może prowadzić działalności reklamowej. Reklamy tych aptek naruszają art. 16 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Mamy tu do czynienia z reklamą wartościową: jej adresat, w tym wypadku pacjent, otrzymuje bezpłatnie wartość materialną. W jednej z reklam to „wsparcie finansowe”, w innej „nie płaci nic”, w trzeciej — oferta wygrania samochodu. Poza tym reklamy te, choć skierowane są do pacjentów, mają na celu zachęcenie lekarzy do wypisywania im leków wymienionych w materiałach reklamowych — twierdzi Janusz Andrzejewski, adwokat z Białegostoku.
— Artykuł 57 ustawy prawo farmaceutyczne zabrania reklamy kierowanej do publicznej wiadomości — m.in. produktów leczniczych wydawanych wyłącznie na podstawie recepty oraz zawierających środki odurzające i substancje psychotropowe. Art. 55 ustawy mówi wyraźnie, że reklama nie może polegać na oferowaniu lub obiecywaniu jakichkolwiek korzyści w sposób pośredni lub bezpośredni w zamian za dostarczenie dowodów, że doszło do zakupu produktu leczniczego. Uważamy, że dopłacanie przez aptekę w Białymstoku 15 zł przy wyborze konkretnego produktu jest działaniem naruszającym postanowienia art. 55 prawa farmaceutycznego — twierdzi Andrzej Wróbel, prezes Naczelnej Rady Aptekarskiej.
Czyżby prawo łamał Marusiewicz i większość aptekarzy w Białymstoku? Co im ewentualnie grozi? Praktycznie — nic. Izba aptekarska nie może wykluczyć nieetycznego aptekarza, a jedynie ukarać go naganą, co zaboli go tak dotkliwie jak klaps. „Aptekarska policja” (Wojewódzki Inspektor Farmaceutyczny) jest zaś jak policjant w czapce i z gwizdkiem, ale bez kajdanek.
— Mogę skierować wniosek do prokuratury, ale w poważnych sprawach. Mogę cofnąć zezwolenie na prowadzenie apteki, ale tylko w 4 sytuacjach: żadna nie obejmuje reklamy czy rozdawania leków. Mogę cofnąć zezwolenie, ale gdy nakaże mi to GIF. Mogę upominać i apelować. Nie mogę nawet karać mandatami — twierdzi Jan Chlabicz, wojewódzki inspektor farmaceutyczny w Białymstoku.
Do ostatniej chwili czekaliśmy na stanowisko GIF. Jest kuriozalne! „Przekazywanie pacjentom przez aptekę informacji o cenach leków w formie listy cenowej, w tym również w postaci wyciągu z cennika obowiązującego w danym okresie, nie jest reklamą produktu leczniczego i nie podlega reżimowi przepisów o reklamie produktów leczniczych” — czytamy w piśmie do redakcji Doroty Dulian, głównego inspektora farmaceutycznego. Argument, że „reklama” powoduje nieuzasadniony wzrost refundacji NFZ, Dulian kwituje: „Problem wzrostu refundacji należy oceniać w skali całego regionu, gdyż istniejące prawdopodobieństwo wzrostu refundacji w aptekach prowadzących określoną, agresywną promocję, może wywołać tym samym spadek poziomu refundacji w innych aptekach”. Słowem, GIF nie widzi nic złego w reklamie leków, nawet kosztem refundacji z NFZ... A co z łomżyńskim aptekarzem rozdającym narkotyki za friko? Główny inspektor farmaceutyczny twierdzi, że skoro leki wydawane są na receptę, to sprawy nie ma i „nie zachodzi niebezpieczeństwo niekontrolowanego wypływu na rynek produktów leczniczych mogących powodować zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów”. Przypomnijmy: Dorotę Dulian, zatrudnioną niegdyś w zachodniej firmie farmaceutycznej, na obecne stanowisko mianował były minister zdrowia Mariusz Łapiński. Po takich wyjaśnieniach nie dziwi, że żadna apteka nie została ukarana, mimo że zabronioną prawem reklamę stosuje 70 proc. aptek w Białymstoku.
Straty
— Dzieje się coś dziwnego. W I kwartale 2005 r. wydatki na refundację w województwie Podlaskiem wzrosły o ponad 2 mln zł. W zeszłym — w sumie o 8 mln zł. W grudniu musieliśmy wyasygnować dodatkowe pieniądze na refundacje, zamiast na dodatkowe zabiegi i ratowanie życia. Zachorowalność w regionie wcale się nie zwiększyła, nie było epidemii — twierdzi Grażyna Pawelec, rzeczniczka podlaskiego oddziału NFZ.
NFZ wydaje coraz więcej na refundację wyłącznie kosztem pacjentów, zabierając pieniądze z ich leczenia. Koło się zamyka. Kowalski dostał w aptece 40 zł, ale za to nie dostanie się na rentgen czy inny zabieg, bo w NFZ zabraknie pieniędzy na jego opłacenie. A jeszcze...
— Wojna cenowa sprawiła, że właściwie nie zarabiamy. Jedziemy po kosztach, więc nie płacimy podatków, bo nie ma zysków. Marża spadła do tak mikroskopijnej wysokości, że ledwo na utrzymanie apteki starcza — tłumaczy właściciel apteki z Antoniuka.
— Wszystko przez Łapińskiego! Wprowadził cenę urzędową maksymalną (urzędowo nie ustawia się ceny minimalnej), więc aptekarze mogą ją zmniejszać kosztem zysków. Stąd akcje „lek za 1 grosz” lub dopłaty dla klientów. Ciekawe: czy miał w tym ukryty cel? — zastanawia się Kucharewicz.
Paradoks: ceny maksymalne miały zapobiec podwyżkom leków, ale nie zapobiegły… obniżkom. Pacjenci się cieszą, aptekarze — złorzeczą.
Widmo sieci
Aptekarska wojna w Białymstoku ma i drugie dno. Gdy padną prywatne apteki, zagraniczne sieci łatwo zdobędą rynek. Spiskowa teoria?
— Nie wykluczam, że ktoś testuje rynek, ćwicząc na przykładzie Białegostoku. Zachodnie sieci sprawdzają metody wygryzienia małych aptek. Wybierają jedną aptekę, faworyzują ją preferencyjnymi ofertami, a ta — jak koń trojański — niszczy od środka lokalny rynek, indywidualnych aptekarzy — mówi Wróbel.
— Będzie jak w Norwegii, gdzie w ten sposób padło 60 proc. prywatnych aptek. I na Litwie: najpierw sieci oferowały tam tanie leki, a gdy małe apteki splajtowały, ceny poszybowały — twierdzi Kucharewicz.
Dzisiaj Litwini, zwłaszcza z Brześcia, przyjeżdżają ponoć do Białegostoku po medykamenty. W Podlaskiem kwitnie nawet turystyka lekowa. Starsze osoby łączą się w grupy, wręczają recepty jednemu emerytowi, który jedzie do Białegostoku i wykupuje je taniej, czasami jeszcze zarabiając na promocjach. Słychać, że na granicy województw działają już „zrzeszenia”, obsługujące pacjentów z ościennych gmin i powiatów.
— Dostaję sygnały, że w białostockich aptekach pojawiają się pacjenci z plikiem recept od lubelskich, suwalskich, a nawet warszawskich lekarzy — twierdzi Kucharewicz.
Jedni, korzystając z promocji, robią sobie zapasy, inni zwietrzyli dobry interes. Ktoś obrotny może szybko zebrać recepty na kilka opakowań np.: Durogesicu (narkotyku w plastrach) czy Megace. Potem odsprzeda lek na lewo, choćby na internetowym forum farmaceutycznym (patrz ramka). Na stronach „targowiska” (www.sfd.pl) już pojawiło się kilka ogłoszeń. Na przykład „Brylec” oferuje Megace za 100 zł i pisze: przy zakupie większej ilości możliwość negocjacji ceny...
To prowokuje fałszowanie recept i przyczynia się do rozrostu szarej strefy, w której te specyfiki są sprzedawane. Nic nie stoi bowiem na przeszkodzie, by odwiedzić choćby 10 lekarzy i każdego poprosić o receptę na ten sam lek np.: insulinę. Tak robiło wielu pacjentów, by zgromadzić zapasy praktycznie darmowej (bo za 1 grosz) insuliny. To możliwe, bo w Polsce de facto nie istnieje sprawna elektroniczna ewidencja recept ani system monitorowania pacjenta. Nikt nie wie, ilu lekarzy odwiedził pacjent ani jakie leki mu przepisali. I kiedy.
— Jestem onkologiem, ale wielu pacjentów prosiło o insulinę. Odmawiałam — mówi lekarka z Białegostoku (ale ilu lekarzy nie odmówiło?).
— Trzeba wprowadzić ceny urzędowe, które faktycznie istnieją w Unii, i negocjowanie przez MZ cen leków dla całego kraju. Przy sprawnej pracy Ministerstwa Zdrowia nie oznacza to wzrostu cen leków dla pacjenta. Dziś dochodzi do paradoksów jak w Białymstoku: wskutek wojny cenowej, ceny leków są tu najniższe w Polsce. Minister Balicki zapowiadał powrót do sztywnych cen leków... Ale mamy to, co mamy. A w Niemczech od Monachium po Kolonię lek kosztuje tyle samo... Aby uratować polskie indywidualne aptekarstwo i na długą metę ochronić polskich pacjentów, trzeba szybho zmienić ustawę o cenach, znowelizować prawo farmaceutyczne i uszczelnić przepisy o zakładaniu sieci aptek — uważa Kucharewicz.
Wychodzi mu na to, że decyzja ministra zdrowia mogłaby zastopować nienaturalny popyt na leki, za który płaci NFZ, a w praktyce — sami pacjenci.
Okiem praktyków
Niedopuszczalne
To nieetyczne i powinno zostać zakazane... Lek zapisany na recepcie można zamienić na tańszy, jeśli taka wymiana nie zaszkodzi terapii. Ale reklama publiczna leków receptowych jest niedopuszczalna! To szczególny produkt i na jego ordynację nie powinna mieć wpływu reklama.
Reklama leków refundowanych jest niedopuszczalna. A zwłaszcza gdy dotyczy narkotyków. Marketing marketingiem, ale ustawowym obowiązkiem aptekarzy pozostaje opieka nad pacjentem, czuwanie nad bezpieczeństwem stosowania leków, czyli opieka farmaceutyczna. Reklama zwiększa sprzedaż, a nie to powinno być celem w przypadku leków receptowych.
Bernard Wilkosz, prezes Synteza sp. z o.o.
Dr n. farm. Danuta Ignyś, Apteka Królewska, Poznań
