Andrzej Sopoćko: Aspiracje rynku finansowego przerastają jego realia
SKROMNE ROZMIARY: W ocenie graczy walutowych rynek polski nie należy do strefy obiecujących spekulacji — uważa Andrzej Sopoćko. fot. Tomasz Zieliński
Przełom roku starego i nowego tradycyjnie sprzyja rozmaitym podsumowaniom. Ich wartość należy jednak oceniać krytycznie, albowiem zwyczajowo mówi się przy takich okazjach: było dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Ocena polskiego rynku finansowego nie może być tak optymistyczna.
DECYDUJĄCY o jego całokształcie rynek papierów dłużnych wciąż jest bardzo mizerny. Banki lokują wolne środki w papierach rynku pieniężnego oraz w obligacjach. W pierwszym przypadku są to bony pieniężne NBP oraz krótkookresowe depozyty rynku międzybankowego (do 3 miesięcy). Jeśli chodzi o obligacje, to są nimi prawie wyłącznie papiery skarbowe, zaś obligacje komercyjne stanowią całkowity margines (do 3 proc.). Papiery komercyjne są zresztą praktycznie tylko papierami rynku pierwotnego, na co skazują je niewielkie emisje, naturalnie ograniczające ich płynność.
RYNEK obligacji skarbowych, ze względu na zadłużenie budżetowe i znaczący deficyt, powinien być rynkiem żywym, charakteryzującym się znacznym obrotem. W rzeczywistości tak nie jest. Znaczne zmiany stóp interwencyjnych NBP i niepewność co do ich kształtowania w przyszłości (w 1998 roku — spadek o 850 punktów bazowych, w 1999 — wzrost o 350) nie sprzyjają zainteresowaniu handlem tymi instrumentami. W drugiej połowie 1999 r. dzienny obrót wynosił 100-200 mln zł. Z przeciętnej wielkości transakcji około 5 mln zł wynika, że ich dzienna liczba wynosi zaledwie 20-40. Podobnie jak na rynku dewizowym, kilka większych operacji jest w stanie znacząco zmienić rentowności tych papierów.
RELATYWNIE niewielki jest także polski rynek walutowy. Wahania złotego w 1999 r. były znaczne (najwyższe dzienne — prawie 3 proc.), znajdowały się jednak zawsze w korytarzu określonym jako 12,5 proc. powyżej lub poniżej parytetu dewaluacyjnego (0,3 proc. miesięcznie) określonego przez NBP. Są one w istocie nie wyższe niż wahania podstawowych walut, które nie były przecież w okresie minionych 12 miesięcy stabilne. Z jednej strony nastąpiło prawie 20-procentowe osłabienie euro w stosunku do dolara, z drugiej — prawie takie samo wzmocnienie jena wobec dolara. W rezultacie relacja euro/jen stała się niezwykle interesującym obszarem spekulacji. O ile osłabienie złotego było przewidywane dość trafnie (także co do skali) przez ekspertów, o tyle wydarzenia na rynku walut podstawowych całkowicie rozminęły się z opiniami najbardziej renomowanych instytucji. Rynek polski, ze względu na jego rozmiary, i tak nie należał do strefy obiecujących spekulacji, zaś wydarzenia na innych rynkach przesunęły go jeszcze dalej w preferencjach graczy walutowych.
POLSKIE banki, nawet mające przedstawicielstwa za granicą, nie są bankami zagranicznymi w zwykłym tego słowa znaczeniu. Przepływy dewizowe dokonywane są w nich na skutek zleceń dokonywania transakcji przez klientów. Nie prowadzą one międzynarodowej polityki lokacyjnej oraz w bardzo ograniczonym stopniu (przez commercial papers) pozyskują pasywa za granicą. Był co prawda okres, gdy stabilny i stale wzmacniający się złoty skłaniał do zasilania się z zagranicy (poprzez kredyty dewizowe). Gra na kursie polskiej waluty miała w tym okresie bardzo ważne znaczenie. Jeszcze większe miały operacje zabezpieczające. Okazuje się jednak, że najbardziej atrakcyjnym miejscem dla tego typu transakcji jest Londyn, gdzie co najmniej od dwóch lat handluje się tzw. NDF (Non- Delivery Forward).
W PRZEŁOMOWYM roku 2000 wypada życzyć sobie i środowisku biznesowemu, by centrum polskiego rynku finansowego znajdowało się jednak nad Wisłą.
Andrzej Sopoćko jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, doradcą prezesa PBK