PB: Wojna i geopolityka wróciły na radar inwestorów, co widać po dużych przecenach na warszawskiej giełdzie na początku tygodnia. Czy jako osoba zajmująca się doktrynami wojennymi uważa pan, że nowa doktryna nuklearna Rosji zmienia istotnie krajobraz bezpieczeństwa w Europie i na świecie?
Dr. Łukasz Przybyło: Aktualizacja doktryny służy temu, żeby móc bardziej efektywnie potrząsać mieczem czy też mieczykiem nuklearnym. Wcześniej w rosyjskim prawie było zapisane, że można stosować broń nuklearną, gdy jest zagrożone istnienie Federacji Rosyjskiej bądź ktoś wkracza na jej terytorium. Dzisiaj widać, że egzystencjalnego zagrożenia ze strony Ukrainy być nie może, a jednocześnie Rosja chce straszyć Zachód. Więc zmieniła prawo, żeby to straszenie umożliwić. Teraz Rosjanie mogą mówić, że ich prawo pozwala uderzyć bronią nuklearną, kiedy istnieje zagrożenie uderzenia bronią konwencjonalną w Federację Rosyjską. I do tego rozciągają to prawo na dostawcę uzbrojenia.
Czy to ma jakieś znaczenie?
Nie chcę powiedzieć, że to nic groźnego, ale na razie nie wydaje się to działaniem zmierzającym do destabilizacji ładu nuklearnego na świecie. Zachód przekroczył już kilkanaście czerwonych linii wyznaczanych przez Rosję – od samego wspierania militarnego Ukrainy, dostawy amunicji przez wysyłanie Javelinów, dostawy HIMARS-ów, czołgów po przekazanie samolotów F-16. Za każdym razem Rosja zaczynała potrząsać swoim nuklearnym mieczem. Trzeba jednak zauważyć, że to potrząsanie nie idzie w parze z realnymi działaniami. Nie następują dyslokacja broni nuklearnej, ćwiczenia w zakresie tej broni, podwyższanie gotowości wojsk nią dysponujących, namierzanie celów. Czyli wszystko to, co na razie widzieliśmy, koncentruje się na propagandzie, czyli pierwszym poziomie eskalacji.
Czy kraj w ogóle musi trzymać się swojej doktryny? Czy doktryna wiąże władzy ręce?
Rosjanie są w pewnym sensie dziedzicami Bizancjum i uważają, że we wszystkim muszą się stosować do zapisów prawa. Stalin podpisywał rozkazy, w których kazał mordować swoich generałów czy polskich oficerów. Jeżeli mordują, to musi być zgodne z ich prawem.
W tym przypadku doktryna ma przede wszystkim walor komunikacyjny. Oni chcą być zrozumiani przez drugą stronę. Jeżeli publikują jakieś dokumenty strategiczne, to mają nadzieję, że druga strona je czyta i rozumie. I jeżeli oni zrobią coś zgodnie z własną doktryną, to druga strona to odczyta poprawnie, czyli nie nastąpi gwałtowna eskalacja czy niezrozumienie tego, co robi Rosja.
Więc w tym kontekście doktryny są istotne, bo one pozwalają wchodzić w dialog – czy to na poziomie nuklearnym, militarnym, czy też gospodarczym.
Z drugiej strony, oczywiście w sytuacjach skrajnych, żadne państwo nie będzie się uparcie stosować do doktryny i nie będzie uznawać, że działanie poza doktryną nie wchodzi w grę, jeśli przyniesie lepsze skutki albo ocalenie narodu.
Jak ocenia pan ryzyko ataku Rosji na kraj NATO w obecnych warunkach? Teraz jestem akurat na konferencji biznesowej i dosłownie przed chwilą słuchałem panelu dyskusyjnego, w którym człowiek z branży ubezpieczeń opowiadał, że rośnie zainteresowanie ubezpieczeniem majątku, infrastruktury przed ryzykiem wojny. Co by pan powiedział ludziom rozważającym takie opcje?
Wojna nuklearna jest ciągle tematem tabu. Nie jesteśmy w stanie kontrolować eskalacji, więc staramy się jej w pierwszym rzędzie uniknąć. Może się nam wydawać, że wydanie doktryny sprawi, że druga strona będzie poprawnie odczytywała intencje. Ale nigdy nie byliśmy w świecie zdarzeń nuklearnych i nie możemy być pewni przebiegu konfliktu. Więc użycie broni nuklearnej, nawet na zasadzie eskalacji, jest skrajnie ryzykowne. Po drugiej wojnie światowej, kiedy Amerykanie użyli dwóch bomb atomowych, nie znaleźliśmy się w zasadzie nigdy w sytuacji, w której ktoś próbowałby użyć broni nuklearnej.
Czy Rosja jest gotowa do jej użycia?
Na pewno to rozważa, ale to jest na 55. miejscu listy rozważanych opcji. Przede wszystkim rozważa działania informacyjne, hybrydowe, jakieś podstępy wojenne, podminowanie rządów w Europie Zachodniej. Otwarty konflikt z użyciem broni nuklearnej prawdopodobnie sprowadziłby na świat zagładę. Mamy dzisiaj na świecie tyle broni nuklearnej, że wystarczyłoby do zabicia ludzkości dwa lub trzy razy. Rosjanie też mają dzieci i pewnie lepiej jest pić wino w willi na Lazurowym Wybrzeżu, niż jeść ziemniaki i pić wódkę w bunkrze pod Uralem. To jasne dla wszystkich.
Czy zezwolenie Ukrainie na używanie pocisków ATACMS stanowi gamechanger, jak próbuje to przedstawić Rosja, czy jest to po prostu podbijanie stawki przez Moskwę?
Byłoby to gamechangerem w 2022 roku, ale nie dziś. To ważny element taktyczny dla Ukraińców, w sensie rażenia na 300 kilometrów, ale nie zmieni to przebiegu wojny. Ukraińcy mają już własne drony i rakiety, które latają na 1000 kilometrów i więcej. Rosjanie zaś już dawno uwzględnili pojawienie się ATACMS-ów. Już wcześniej byli atakowani przez rakiety, na przykład Storm Shadow czy SCALP-y, które mają podobny zasięg. Dziś wykorzystują informację o pojawieniu się tych rakiet, by podbić stawkę, ale to w żadnym razie nie jest gamechanger.
Na jakim etapie jest, pana zdaniem, wojna w Ukrainie?
Generalnie wydaje się, że Ukraińcy zaczynają przegrywać. Rosjanie są na krzywej wznoszącej, nie odczuwają potrzeby zawierania pokoju, bo uważają, że mimo gigantycznych strat i oczywistych kosztów oni raczej ten konflikt wygrają. Czy tak będzie? Zobaczymy. Wojna jest na tyle nieprzewidywalna, że tego nie wiemy. Dla Rosji ta wojna w długim okresie też jest niekorzystna na poziomie strategicznym. Nawet jeżeli wygrywa ją na poziomie taktycznym i posuwa się do przodu, to jednak robi to olbrzymim kosztem własnym.
Co oznacza dziś wygranie tej wojny?
Rosjanie mają plan, by zwasalizować Ukrainę, niekoniecznie fizycznie ją zająć. Na pewno jako plan minimum chcą zająć pomost lądowy do Krymu oraz Donbas, tereny, które włączyli do Federacji Rosyjskiej. Dla Ukrainy zwycięstwo oznaczałoby powrót do granic sprzed 2014 roku, choć obecnie wydaje się to niemożliwe. Najważniejsze może być więc ocalenie państwowości, suwerenności i demokracji, nawet za cenę integralności terytorialnej. Natomiast przede wszystkim nie znamy warunków wygrania wojny przez Zachód. To Zachód będzie miał decydujący głos w kwestii sposobu zawarcia pokoju przez Ukrainę. Jeżeli Zachód ją porzuci, Rosja bardzo szybko wygra. Więc jest to raczej pytanie do Londynu, Paryża, Berlina i Waszyngtonu.
Czy Donald Trump to zagrożenie dla Ukrainy, czy może jakaś szansa?
Na razie nikt tego nie wie. Nie wiemy, co się stanie, gdy Trump będzie chciał zakończyć tę wojnę, a Putin się nie zgodzi – czy Trump się nie wkurzy, nie nastąpi gwałtowna eskalacja i zwiększenie pomocy dla Ukrainy, by wygrała. To jak w piosence z "Ogniem i mieczem": "Hej, hej! Tuhaj-bej, rozserdywsia duże". Zobaczymy, czy się rozsierdzi ten Trump, czy będzie chciał się układać z Putinem. Mamy dwa miesiące do objęcia przez niego rządów. Często jest on demonizowany. Jest nieprzewidywalny. Ale warto przypomnieć, że za Trumpa nie było żadnego resetu z Rosją. Mówi się, że chciał wyjść z NATO, ale nie wiemy, czy to nie była zagrywka negocjacyjna służąca wymuszeniu na Europie zwiększenia nakładów na zbrojenia. Za jego kadencji przecież do NATO przyjęto dwóch członków – Macedonię i Czarnogórę. To on pierwszy zaczął wysyłać na Ukrainę doradców wojskowych i uzbrojenie. Jeśli więc zaczniemy się zastanawiać, to może się okazać, że Trump dzisiaj jest jednak pewnego rodzaju niewiadomą.
Dr Łukasz Przybyło jest adiunktem w Akademii Sztuki Wojennej oraz prezesem wydawnictwa Tetragon. Jest absolwentem Wydziału Zarządzania SGH. Pracę doktorską "Wiarygodność i skuteczność doktryny wojennej na podstawie wybranych doświadczeń historycznych" obronił w Katedrze Strategii i Geostrategii Akademii Obrony Narodowej w 2010 r. W obszarze jego zainteresowań badawczych są konflikty XX w. Jest autorem książki "Charków–Donbas 1943" opublikowanej w serii Historyczne Bitwy oraz kilkudziesięciu artykułów naukowych i popularnonaukowych. Nakładem Wydawnictwa Tetragon ukazała się jego praca doktorska pod zmienionym tytułem "Doktryny wojenne. Historia i ocena". Jest jednym z autorów monografii "Merkawa – miecz Izraela" oraz autorem i redaktorem książki "Państwo średnie – Polska. Studia i szkice".
