Balowe zagadki

Magdalena Machowska
opublikowano: 2005-01-28 00:00

Kłopotów z karnawałem jest niemało. Skąd się wziął? Kiedy tak naprawdę trwa? Jedno jest pewne: to czas świąteczny, czas wielkiej zabawy i barwnego widowiska.

Choć karnawał zaczyna się w początkach stycznia, to świąteczny, wyjątkowy charakter zyskują dopiero ostatnie dni przed Wielkim Postem, które od stuleci są czasem korowodów i zabaw. Czasem buntu, krytyki, kpiny i śmiechu.

Noc przed postem

Historia europejskiego karnawału zaczyna się w średniowieczu. Najstarsza wzmianka pochodzi z Włoch. Z czasem karnawał zyskiwał rozmaite określenia i znaczenia: zapusty, mięsopust, ostatki, noc przed postem. Do XVIII w. w Polsce, a w Niemczech czy we Włoszech do dziś, karnawał obchodzony był przez kilka ostatnich dni przed Wielkim Postem. Na ulicę wychodziły barwnie przebrane korowody. Pod osłoną kostiumu i maski — realistycznej lub symbolicznej — piętnowano nadużycia władzy, wyszydzano ludzkie słabości. Powstający w te dni świat nie był podobny do „normalnej” rzeczywistości.

Podobnie jak nazwy, różne były formy karnawałowych obchodów. Nie było i nie ma jednego modelu karnawału. Zabawy karnawałowe polskiej wsi nie przystawały do karnawału we dworach i pałacach. Najstarszy opis polskiego karnawału znamy dzięki zachowanemu kazaniu z XV w. Piętnowane są folgowanie w jedzeniu i piciu, tańce, zabawy i pochody przebierańców: „Śpiew, obżarstwo, grzeszne zabawy, którym towarzyszą zabójstwa, kłótnie, pijaństwo, oto kalejdoskop wydarzeń, które dzieją się na ulicach, w karczmach pod wodzą diabła i jego sług, flecistów, cytrzystów, błaznów i śpiewaków”.

Wieś tańczy na wysoki len

Na wsi zapusty obchodzono przez trzy ostatnie dni przed Popielcem. Za największe atrakcje tego czasu uznawano odwiedziny przebierańców oraz zabawy z charakterystycznymi tańcami kobiet na urodzaj („na wysoki len”) i mężczyzn („na tytoń”). Były to polki i oberki, w czasie których tańczący wyskakiwali jak najwyżej w górę z okrzykiem „na wysoki, wielgi len”. Z nastaniem północy kończono zabawy, bo sprofanowanie postu tańcem czy muzyką byłoby ciężkim grzechem. Przez ostatnie trzy dni po wsiach krążyły też grupy zapustnych przebierańców. Koza, Koń, Bocian, Cygan, Żyd, Kobieta z miasta, Urzędnik, Król i Królowa, Diabeł, Anioł, Wielkolud, Doktor tworzyły swoisty, improwizowany spektakl obrazujący ludzkie życie — od narodzin po śmierć.

Miastowi się zalecają

Miejski karnawał kipiał tańcem i zalotami. Rozpoczynał się po Trzech Królach, dając początek towarzyskiej aktywności panien i kawalerów, której celem miały być w przyszłości zaręczyny i ślub. Wspomina Maria Ginter: „Jest nudno i sztywno. Siedzimy z rodzicami. Trzeba tańczyć z jakimiś wyfrakowanymi lalusiami. Starsze panie obserwują przez lornetki. Trzeba trzymać się prosto, nie gestykulować, i w ogóle zachowywać się »z gracją i dystynkcją«, jak przystoi dobrze wychowanej pannie.”

Kulisy tych matrymonialnych łowów odsłoniła Janina z Puttkamerów Żółtowska: „Prawa rządzące tym dorocznym zjazdem były proste. Parę wizyt wystarczyło dla poznania innych pań, które z Litwy, Poznańskiego albo Podola zjechały z córkami. Jeden bal dla poznania tancerzy, po czym zaproszenia się mnożyły, bo wszyscy nie znając się nawet, wiedzieli kim są i co im się należy. (...) Te huczne i doroczne zjazdy były ciężką próbą dla matek, które mężów i młodsze dzieci zostawiwszy na wsi uzbrajały się w męstwo, cierpliwość i wytrzymałość i w czarnych dżetach i koronkach, z brylantami w uszach, pokrzepione kolacją wytrzymywały w dusznych salach do szóstej rano, po czym od czwartej po południu składały z córkami wizyty”. Specjalnością krakowskiego karnawału, jeszcze na początku XX wieku, były wycieczki do Wieliczki. Jeśli kojarzenie jakiegoś małżeństwa szło opornie, zjazd do szybów był decydującą próbą. Młody człowiek albo panna łatwiej godzili się na nowy związek pod ziemią, niż w świetle dziennym.

W prasie pojawiały się ogłoszenia. Magazyn perfumerii i „potrzeb toaletowych” Śmiechowskiego i syna zalecał brylantynę do ułożenia i połysku brody. Niejaka Franciszka Droillenke oferowała pomadę konserwującą i upiększającą włosy, która „nawet łyse głowy pokrywa jak najmocniejszym włosem i to w bardzo krótkim czasie”. Można było kupić również grzywki, loki, „extra nioby” i inne szczegóły potrzebne do modnych fryzur.

Zwątpiały Kąkol prosi

Do najbardziej emocjonujących wydarzeń karnawałowych XIX wieku należały maskarady. W Warszawie odbywały się tradycyjnie w soboty w salach redutowych teatrów: Rozmaitości i Wielkiego. Uczestnicy mogli naoglądać się pomysłowych przebierańców: świętoszków, diabłów, bandytów, huzarów, górali, Cyganów. Maskaradowe podchody kwitły nie tylko na balu, ale przenosiły się również na łamy prasy w postaci oryginalnych ogłoszeń. „Kąkol prosi Pokrzywkę, aby raczyła być na II maskaradzie, bo duch jego zwątpiały potrzebuje odświeżenia się”; „Zawiedziony, stęskniony błaga zwinną cyganeczkę z zielonymi koralami i w takiejże chusteczce o łaskawy uśmiech na V maskaradzie”.

Również w publicznych lokalach rozrywkowych zapraszano na obywatelskie lub przyjacielskie bale. Wśród nich wyróżniała się „Kaskada”, gdzie odbywały się tradycyjnie wesołe szlichtady i huczne kuligi, i gdzie oczekiwała doborowa orkiestra, wyborna kawa oraz słodki i niesłodki bufet. W tańszych traktierniach można było pokrzepić się i zabawić tańcem wśród wesołego towarzystwa. W „Kurierze Warszawskim” zachęcająco brzmiało ogłoszenie bawarii „Pod Księżycem”, gdzie przy kufelku dobrego bawara za 5 kopiejek komik z Prus z kompanią całą śpiewał i grał. Tamże śpiewał swe utwory „król grafomanów”, Soter Rozmiar-Rozbicki: „niedźwiedź ryczy, małpa krzyczy. A barany blisko drogi dalej w nogi. Z tego sens moralny taki, że kto nie ma pieniędzy nie będzie zażywał tabaki.”

Pączki z migdałem

Pączki z karnawałem skojarzył wiek XIX. Kronikarz Warszawy Adam Słomczyński odnotowuje charakterystyczny zwyczaj zamawiania na czas karnawałowych zabaw pączków, do których prócz konfitur wkładano ziarenko migdała. Jego znalazca bywał ogłaszany migdałowym królem balu. Oprócz pączków przygotowywano z wielką sztuką i znawstwem inne słodycze. Prym dzierżyły tu „wystawy cukrowe” Karola Wedla z ulicy Miodowej, a zwłaszcza różne czekolady wyrabiane po raz pierwszy w kraju, za pomocą sprowadzonych z zagranicy maszyn. Robert Wiśniewski z Hotelu Polskiego przy Długiej prócz pączków wyrabiał w dwudziestu odmianach biszkopty, przy czym oznajmiał, że proszek z nich powstały jest „wielce dla niemowląt i osób słabych użyteczny”.

Królowe w solferino

W międzywojniu prasa skwapliwie donosiła o wygranych tytułach królowych balu. Każdej sobotniej karnawałowej nocy urządzano w przedwojennej Warszawie od kilkunastu do kilkudziesięciu balów, a ponadto podwieczorki tańcujące, maskarady, wieczornice taneczne, dansingi oraz brydże z muzyką i tańcami. Było w czym wybierać, a niezdecydowanym sprzyjał zwyczaj przenoszenia się w ciągu jednej nocy z jednego lokalu do drugiego. Przywiązywano ogromną wagę do wystroju i dekoracji sali. Warszawiacy zapamiętali bal „U Petroniusza”, inspirowany „Quo vadis”, urządzony w 1932r. w „Cristalu”. Sale zostały przemienione we wnętrza rzymskiej, patrycjuszowskiej willi. Goście w tunikach i togach podziwiali występy zawodowych tancerzy. Z sufitu spadały róże, a na deser podano pączki z „Ziemiańskiej”, w których znajdowały się cieniutkie blaszki prawdziwego złota. W renomowanych stołecznych restauracjach — „Bristol”, „Europejski”, „Cristal”, grały pierwszorzędne zespoły. Bal był także doskonałą okazją do popisania się kreacją. Na każdym liczącym się balu wybierano królową oraz najpiękniejszą suknię. Romantycznie brzmią nazwy kolorów sukien: claire de la lune, czyli światło księżyca, rose opaline, lila rose, solferino, srebrzysta migotliwość...

Na zdobyciu tytułu zależało nie tylko elegantkom, ale również krawcom, fryzjerom, kaletnikom, szewcom. Bal Mody był przecież najlepszą reklamą ich zakładów. Gdy w prasie opisywano przebieg balu, zawsze wymieniano, kto czesał, kto zrobił pantofelki i kto wykonał makijaż królowej.

Tańce do upadłego

Bal urozmaicony był konkursami tańca, najczęściej walca, kujawiaka i mazura, a tuż przed wojną także charlestona oraz tanga. W tańcu wyróżniali się wojskowi. Późniejszy zastępca majora „Hubala” kapitan Maciej Kalankiewicz „Kotwicz” w kujawiaku zbierał wszystkie nagrody. Mazura uwielbiał Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Konkurencje balowe były nagradzane.

Gospodarzami balów byli zazwyczaj przedstawiciele arystokracji, bogatych przemysłowców oraz artystów. Te osoby dawały swoje nazwiska jako rękojmie odpowiednio wysokiego poziomu zabawy i eleganckiego towarzystwa.

Wodzirej ministrem

O tym jednak, czy na balu było jedynie wytwornie, czy też i wesoło, decydowała osoba wodzireja. Musiał sam świetnie tańczyć i sprawnie prowadzić układ tańców na parkiecie, prowadzić konferansjerkę i balowe konkursy.

Źródłem wodzirejowych dochodów były też tańce kotylionowe, w których o przyznaniu parze tego samego znaku miał decydować ślepy los. Jednak wielu panów próbowało przekupić wodzireja. Podobno wodzirej z „Adrii” otrzymał złotą papierośnicę za zaaranżowanie tańca z przepiękną żoną ambasadora Włoch. Maciej Rataj, marszałek Sejmu, szalejąc za żoną angielskiego posła, miał obiecać wodzirejowi dowolne stanowisko w państwie. Ten zażartował, że chciałby zostać ministrem spraw zagranicznych, co z miejsca otrzeźwiło marszałka.

Arystokratyczny pies

Balom często towarzyszyły anegdoty. Na jednym z nich każda z pań miała przebrać się za książkę, a jury złożone ze środowiskowych erudytów winno było odgadnąć, o jaką książkę chodzi i przyznać nagrodę najlepszemu przebraniu. Wśród uczestników balu była też księżna Manieczka Czartoryska, osoba już wówczas nie pierwszej młodości, ale pełna werwy i nie uznająca upływu czasu. Przebrała się ona za jakiś poemat Słowackiego, bodajże „Balladynę”. Jury orzekło jednogłośnie, że jej strój przedstawia znaną książkę sensacyjną Conan Doyle’a „Pies Baskerville’ów”. Efekt był piorunujący. Księżna najpierw zemdlała, później jednak uznała orzeczenie za świetny żart i tańczyła do rana.

Zapytana, dlaczego tak często bywa na zabawach, żona pewnego kapitana odrzekła, iż zimą tańczy dlatego, że karnawał, na wiosnę z radości, latem z nudów na wczasach, jesienią przez dobroczynność oraz na pocieszenie po opadłych liściach. Natomiast z rana robi to dla sportu, po południu dla lepszego trawienia, a wieczorem dla przyjemności.