Bank centralny radzi poczekać

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2009-02-17 00:00

ejście do strefy

Raport Narodowego Banku Polskiego

może opóźnić

przyjęcie euro

ejście do strefy

euro będzie dobre

dla gospodarki. Ale

poczekajmy, aż minie kryzys

— zalecają ekonomiści NBP.

Rząd nie zmienia planów.

Na to wydarzenie czekaliśmy prawie dwa lata. Narodowy Bank Polski (NBP) przedstawił wczoraj raport na temat wprowadzenia w Polsce euro — rezultat wielomiesięcznych prac kilkudziesięciu ekonomistów. Zadaniem przedsięwzięcia miała być odpowiedź na pytanie, kiedy i jak przyjmować unijną walutę. Jednoznacznej recepty jednak nie poznaliśmy.

— Kiedy prawie dwa lata temu zaczynaliśmy pracę nad raportem, wydawało się, że otrzymamy jasną odpowiedź. Dzisiaj jednak bilans kosztów i korzyści pozostaje sprawą otwartą — przyznaje Sławomir Skrzypek, prezes NBP.

Za, a nawet przeciw

Ekonomiści, którzy przygotowywali raport, twierdzą, że w długim okresie przebywanie w strefie euro przyniesie Polsce korzyści.

— Bezpośrednie korzyści to redukcja ryzyka kursowego i kosztów transakcyjnych oraz obniżenie stóp procentowych. Dodatkowo mogą pojawić się inne pozytywne zjawiska, np. wzrost stabilności gospodarczej, większa konkurencja, handel i inwestycje, czy rozwój rynków finansowych. Dzięki euro każdego roku wzrost gospodarczy byłby wyższy średnio o 0,7 pkt procentowego. Największy pozytywny wpływ skupi się w pierwszych dziesięciu latach — mówi Grzegorz Tchorek z NBP.

Jednak twórcy raportu zwracają też uwagę na koszty integracji walutowej.

— Przyjęcie euro oznacza utratę krajowej polityki pieniężnej i kursowej. Jest też obawa, że pojawi się boom kredytowy i przejściowy wzrost inflacji oraz że przyjęty zostanie niekorzystny dla gospodarki kurs wymiany — mówi Aleksandra Rogut, współautorka raportu.

Eksperci banku centralnego przyznają, że w dłuższym okresie korzyści przeważą nad kosztami. A jednak w specjalnym suplemencie do raportu radzą rządowi zawiesić na kołku plany szybkiego wchodzenia do strefy euro. Powód? Kryzys.

— Rok bieżący nie jest dobrym momentem na wchodzenie do przedsionka strefy euro, mechanizmu ERM2. Zmienność kursu złotego jest tak duża, że bank centralny może być zmuszony do wielokrotnego interweniowania. Nawet jeśli dzięki temu kurs nie wyjdzie poza dozwolony przedział, to Komisja Europejska może uznać, że nie spełniamy kryterium stabilności kursowej — mówi Witold Koziński, wiceprezes NBP.

Zdecydujcie się

Rząd nie zamierza jednak zmienić planów. Ludwik Kotecki, wiceminister finansów i pełnomocnik rządu do spraw euro, po prezentacji raportu powiedział, że harmonogram, zgodnie z którym wchodzimy do ERM2 w 2009 r., a euro przyjmujemy w 2012 r., jest aktualny.

— Raport pokazał, że korzyści integracji przeważają nad kosztami. To jest najważniejszy wniosek i wspiera on nasze ambicje szybkiego przyjęcia euro — mówi Ludwik Kotecki.

Po wczorajszej konferencji może to jednak być jeszcze trudniejsze. Otwarta niechęć banku centralnego do wchodzenia do ERM2 stawia rząd w trudnej sytuacji w negocjacjach z Komisją Europejską. Rozmowy mają się zacząć w najbliższych tygodniach.

— Bruksela dostała jasny komunikat, że NBP jest przeciwny integracji w trybie pilnym. W końcu to bank centralny musi przeprowadzić złotego przez wyznaczony korytarz dopuszczalnych wahań. Jeśli jest przeciw, to nie jest pewne, czy będzie chciał interweniować w obronie waluty. Komisja może więc nie zgodzić się, abyśmy wstępowali do ERM2 — uważa Piotr Kalisz, ekonomista Citi Handlowego.

Według Jakuba Borowskiego, współautora poprzedniego raportu NBP o euro, obecnie głównego ekonomisty Invest Banku, rząd mimo to powinien utrzymać swoje plany.

— Nie podzielam poglądu, że nie należy wchodzić do ERM2 w 2009 r. Sam raport przyznaje, że integracja jest dobra dla kraju. Uważam, że korzyści będą nawet większe, niż pokazuje to raport, a koszty mniejsze — mówi ekonomista.

Złoty zbiera baty

Inwestorzy znowu brutalnie uderzyli w naszą walutę. Pomógł im raport banku Merrill Lynch. W marcu euro może kosztować ponad 5 zł.

Kolejny fatalny dzień dla złotego. Poniedziałek przyniósł niechlubne rekordy słabości naszej waluty. Od rana do późnego popołudnia złoty stracił 19 gr w stosunku do euro (kosztowało 4,82 zł), 14 gr do dolara (3,77 zł) i 13 gr do franka szwajcarskiego (3,24 zł). W przypadku dwóch pierwszych kursów rodzima waluta jest najsłabsza od pięciu lat. Trzeci wynik jest najgorszy w historii — frank jest o 16 gr droższy niż w rekordowym 2004 r.

— Należy to po prostu wyjaśnić fatalnym sentymentem i ogromną awersją do ryzyka zagranicznych inwestorów. Nie pojawiły się przecież żadne niekorzystne dane makroekonomiczne — komentuje Piotr Popławski, analityk Banku BGŻ.

O tym, że to nie kłopoty polskiej gospodarki powodują osłabianie złotego, świadczy też fakt, że inne waluty w regionie idą tym samym tropem.

— Węgierski forint i czeska korona również wczoraj wyraźnie leciały w dół, choć nie aż tak mocno, jak złoty. Różnica bierze się stąd, że nasz rynek jest największy i najłatwiej z niego uciec lub pospekulować — tłumaczy Marcin Kiepas, analityk X-Trade Brokers.

Tarapaty, w jakich znalazł się złoty, pogłębił dodatkowo raport banku Merrill Lynch, który rekomendował inwestorom sprzedaż naszej waluty. Niestety, dopóki nie zamienimy złotego na euro, takie sytuacje mogą się powtarzać. Ekonomiści spodziewają się dalszego osłabienia.

— Złoty będzie dalej tracił na wartości. Spodziewam się, że cena jednego euro przebije poziom 5 zł w przyszłym miesiącu — prognozuje Piotr Popławski.

Analitycy Merrill Lynch spodziewają się, że w ciągu dwóch miesięcy cena dolara wzrośnie do 3,85 zł. Niektórzy ekonomiści widzą jednak potencjał naszej waluty. Według ekspertów Deutsche Banku, złoty i rubel to najbardziej niedowartościowane waluty Europy.

— Kursy rynkowe są o 15 proc. słabsze od kursu równowagi — piszą w raporcie analitycy Deutsche Bank.

To nie rada osłabiła złotego

Według Andrzeja Sławińskiego z RPP, to nie obniżki stóp procentowych uderzają w naszą walutę. Kapitał nie patrzy już na procenty.

Złoty cały czas traci na wartości, wczoraj kursy znowu biły rekordy. Według części ekonomistów, to ostatnie decyzje Rady Polityki Pieniężnej (RPP) o agresywnych cięciach stóp procentowych spowodowały silne osłabienie złotego. Zdaniem Andrzeja Sławińskiego, członka RPP, nasza waluta traci z zupełnie innych powodów.

— Zmiany stóp procentowych miały znaczenie dla kursu złotego, gdy na rynkach finansowych panował spokój i tak popularne były transakcje carry trade. Po upadku banku Lehman Brothers sytuacja zmieniła się diametralnie. Banki w krajach wysoko rozwiniętych nadal uciekają w płynność w wyniku poniesionych strat. Wycofują kapitał także z krajów wschodzących, niezależnie od wysokości oprocentowania ich walut. Fala odpływającego kapitału sprzyja powracaniu okresów wzmożonej spekulacji na spadki kursów walut wschodzących — tłumaczy Andrzej Sławiński.

Czekamy na spokój

Ekonomista zaznacza, że w ostatnich miesiącach następował ogólny spadek kursów walut krajów wschodzących; w tym walut naszego regionu.

— To, że złoty od września 2008 r. osłabł nieco bardziej niż węgierski forint i czeska korona, jest skutkiem tego, że nasz rynek finansowy jest większy i bardziej płynny. W Polsce było więcej aktywów do sprzedania, a płynność naszego rynku ułatwiała zawieranie transakcji — twierdzi Andrzej Sławiński.

Jego zdaniem, złoty z czasem zacznie się jednak umacniać.

— Kurs złotego jest wyraźnie niedowartościowany, co oznacza, że z czasem będzie się umacniał. Oczywiście, nie można stwierdzić, kiedy to nastąpi, ponieważ na rynkach finansowych momenty odwrócenia się trendów są nieprzewidywalne — mówi członek RPP.

Czy RPP będzie dalej obniżać stopy procentowe?

— Nie można jeszcze określić, jaki powinien być docelowy poziom stóp procentowych, ponieważ banki centralne dostosowują swoją politykę pieniężną do prognoz inflacji i wzrostu gospodarczego. Tymczasem nadal są one rewidowane. Recesja na świecie może okazać się głębsza niż się obecnie zakłada. Trudno więc wykluczyć, że stopy procentowe będą nadal obniżane. Z pewnością jednak skala i sekwencja ewentualnych dalszych obniżek stóp będzie zależała od prognoz inflacji i wzrostu gospodarczego oraz od wahań kursu walutowego — mówi Andrzej Sławiński.

Druga fala

Obecną sytuację komplikuje to, że — w opinii członka RPP — w ostatnich tygodniach wzrósł niepokój na globalnych rynkach finansowych.

— Przeżywamy drugi szok, podobny do tego, jaki nastąpił po upadku Lehman Brothers, jakkolwiek tym razem jego skala jest mniejsza. To skutek informacji o ponownych kłopotach części dużych międzynarodowych banków, mimo że otrzymały one wcześniej znaczną pomoc od rządów. Ponownie więc wzrosła awersja banków do ryzyka. Wzrosły tym samym premie za ryzyko na międzynarodowych rynkach finansowych, co wpłynęło także na sytuację na rynku polskim — twierdzi Andrzej Sławiński.

Zdaniem części ekonomistów, skłonić polskie banki do zwiększenia akcji kredytowej mogłaby decyzja banku centralnego o obniżeniu rezerw obowiązkowych. Andrzej Sławiński uważa, że taki krok miałby ograniczone działanie.

— Obniżenie stopy rezerw obowiązkowych zwiększyłoby płynność w sektorze bankowym, której na razie bankom nie brakuje, skoro NBP nadal musi ściągać nadmiar płynności z rynku. Nie płynność zatem jest obecnie głównym problemem banków, lecz wielkość kapitałów, które muszą one mieć, by pokryć ryzyko związane z udzielaniem kredytów — twierdzi ekonomista.

Andrzej Sławiński uważa, że ostatnie cięcia stóp procentowych nie są przyczyną osłabienia złotego. Innego zdania jest Ulrich Leuchtmann z Commerzbanku. Według niego, złoty może przestać się osłabiać tylko wówczas, jeśli Rada Polityki Pieniężnej publicznie ogłosi, że rezygnuje z dalszych obniżek stóp, i wytłumaczy rynkowi, że na cięcia nie pozwala spadek wartości złotego.

Andrzej Sławiński uznawany jest przez rynek za przedstawiciela środka w Radzie Polityki Pieniężnej. Nie można nazwać go ani jastrzębiem (zwolennikiem zdecydowanej i twardej walki z inflacją), ani gołębiem (nastawionym na mocniejsze poluzowywanie monetarnej śruby). Taka pozycja sprawia, że to właśnie on ma często decydujący wpływ na decyzje RPP. Tym razem trudno jednak ocenić, jak zagłosuje na najbliższym posiedzeniu, które odbędzie się w przyszłym tygodniu.

Jacek

Kowalczyk

Możesz zainteresować się również: