Banki są zwierciadłem gospodarki. Dlatego rośnie udział zagrożonych zobowiązań w ich portfelach. Mimo to, w związku choćby z konwergencją stóp procentowych, marże i koszty banków będą spadać — twierdzi Wojciech Kwaśniak, generalny inspektor nadzoru bankowego.
„Puls Biznesu”: Ostatnie dane o sytuacji sektora bankowego mamy z I półrocza 2002. Jak ta sytuacja wygląda obecnie?
Wojciech Kwaśniak: Przede wszystkim nastąpił przyrost należności zagrożonych o 0,5 pkt proc. do 20,8 proc. Jednak miarą problemu jest poziom zagrożonych należności z niezabezpieczonym ryzykiem, których jest 10,3 proc.
Poziom należności zagrożonych wzrasta i ma negatywny wpływ na wyniki banków. Dlatego wyniki sektora po III kwartałach są niższe w granicach 25-30 proc. niż przed rokiem. Mimo to banki stosunkowo dobrze dawały sobie radę, gdy gospodarka spowalniała, ale nie są oderwane od gospodarki. Istotne jest, czy odpowiednio wcześnie identyfikują ryzyko. Wydaje się, że nasze regulacje należą do jednych z najbardziej restrykcyjnych w Europie. Druga sprawa to poprawa zarządzania. Niewątpliwie jest duży postęp, jeśli chodzi o zarządzanie ryzykiem w Polsce.
Problem jest jednak taki, że banki nie mogą przynosić strat. W związku z tym, gdy gospodarka wchodzi w fazę stagnacji, i rośnie odsetek należności zagrożonych, banki podnoszą marże, by ratować wyniki.
— Banki w sposób naturalny starałyby się podnosić marże, ale one są wciąż spadające. I wpływa na to przede wszystkim poziom konkurencji. Polski rynek uznawany jest za bardzo konkurencyjny.
A to ciekawe, bo akurat kiedy pytamy o marże bankowców, oni twierdzą, że nie ma w Polsce konkurencji, a tak naprawdę 4-5 banków dyktuje ceny.
— Wielu instytucjom zagranicznym, które weszły na nasz rynek, nie udało się powiększyć znacząco swojego udziału w rynku. Część postanowiła na przykład kupić polskie banki po to, by powiększyć swój udział w rynku, gdyż w normalny sposób nie byli wstanie tego rynku powiększać, albo powodowało to ogromne koszty. Rynek jest więc konkurencyjny, co oznacza, że marże będą spadać.
Według naszych obliczeń, wbrew temu, co Pan mówi, marże wzrosły. W marcu średnia ważona marża odsetkowa wyniosła 7,9 proc., a we wrześniu było to już 8,3 proc. To jak jest naprawdę?
— Marże na poziomie 7-8 proc. są utrzymywane w sektorze spółdzielczym, który nieco zawyża średnią. Co ciekawe, w porównaniu z sektorem komercyjnym banki spółdzielcze mają się bardzo dobrze. Wyniki mają znacznie lepsze niż w zeszłym roku. Od dwóch lat poprawiają swoją pozycję kosztem banków komercyjnych, zarówno jeśli chodzi o aktywa netto, zwrot z aktywów, zwrot na kapitale, nawet w depozytach im przyrosło, gdy tymczasem w bankach komercyjnych udział depozytów obniżył się. One jednak pracują na znacznie wyższych marżach niż banki komercyjne.
Jeśli patrzymy na banki komercyjne, to musimy oddzielić marże, którą banki uzyskują od klientów o najmniejszym poziomie ryzyka — o których jest zresztą ogromna walka, niektórzy nawet mówią, że na polskim rynku stosuje się ceny dumpingowe wobec wybranych grup klientów tylko dlatego, by ich przejąć — od klientów o podwyższonym poziomie ryzyka oraz klientów detalicznych, gdzie nie tylko w Polsce, ale w większości państw marże są wyższe. Na koniec III kwartału marża odsetkowa rozumiana jako relacja wyniku z odsetek do średnich aktywów wynosi 3,17 proc., zaś w analogicznym okresie ubiegłego roku 3,25 proc.
Czy jednak marże będą w najbliższym czasie spadać?
— Nie ma wątpliwość, że marże będą spadać. W związku choćby z konwergencją. Jeśli w Unii Europejskiej uzyskiwane przeciętne marże są na poziomie 0,5-0,7 czy 1 proc., to w Polsce nie uda się trzymać marż na poziomie 3-4 czy 7 proc.
Skoro jednak marże mają spadać, a banki wciąż muszą generować zyski, to spaść muszą też koszty działalności. A z tym nie jest najlepiej.
— Są banki, które są już w stanie koszty mocno ścinać, bo mają mocno zaawansowany system informatyczny. A inne tego systemu jeszcze nie mają i siłą rzeczy, by bank mógł dobrze funkcjonować, musi utrzymywać nadwyżki zatrudnienia. Po drugie to jest też kwestia zarządzania. Dla banków redukcje zatrudnienia to są trudne decyzje. W związku z tym jest też jakiś opór przed podjęciem takich decyzji.
Bez względu na to, jaki szyld bank nosi, czy jak dobrze znany jest znak towarowy jego właściciela, polski nadzór bankowy nie akceptuje sytuacji, w której w Polsce można by prowadzić działalność ze stratą, jednocześnie utrzymując wskaźniki bezpieczeństwa, jak np. współczynnik wypłacalności czy adekwatność kapitałowa powyżej minimalnych progowych wartości. W związku z tym sytuacje takie są eliminowane.
A jaki wpływ na te wysokie marże i koszty ma fakt, że największy bank, reprezentujący lwią część rynku, czyli PKO BP, jest wciąż bankiem państwowym?
Forma własności nie determinuje jakości zarządzania. PKO BP, największy bank jeśli chodzi o udział w sektorze detalicznym, jest bankiem, który kończy restrukturyzację i który generuje bardzo wysoki dochód. Jest to ważne osiągnięcie zarówno władz banku jak i właściciela, czyli Skarbu Państwa ale także nadzoru bankowego, który swoimi działaniami do tego doprowadził.
Każdy bank, żeby się rozwijać, musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest już w pełni konkurencyjny jeśli chodzi o produkty i technologie. Jeśli nie, musi stwierdzić, jakie koszty są z tym związane i jakiego optymalnego kapitału potrzebuje, żeby otrzymywać zwroty porównywalne z konkurencją. I czy ten kapitał na dzień dzisiejszy jest odpowiedni, czy właściciel jest w stanie dostarczyć ten kapitał. Wydaje się, że rozwiązanie, które PKO BP ogłosił, że chce być notowany na giełdzie, jest ze wszech miar słuszne. Dodatkowo z uwagi na obowiązki informacyjne spółek giełdowych jego działalność będzie bardziej przejrzysta dla innych uczestników rynku finansowego w Polsce.