Bardziej pośrednie dopłaty bezpośrednie

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2003-02-04 00:00

Dopłaty bezpośrednie i nieco mniej bezpośrednie, czyli mieszane, dla rolników elektryzują opinię publiczną, powodują tarcia w koalicji SLD-UP-PSL, polaryzują poglądy polityków na sprawę naszej akcesji do Unii Europejskiej. Stawiają wreszcie przed naszymi negocjatorami kolejne wyzwanie, chyba najtrudniejsze: przekonać polskich rolników, że lepiej jest dostać mniej niż więcej.

Trzynasty grudnia, który już zawsze kojarzył będzie nam się jednoznacznie, po roku 2002 miał nabrać nowego znaczenia i być symbolem dyplomatycznej sprawności naszych negocjatorów, a przede wszystkim wyższości polskiego uporu naszego premiera nad chłodnym pragmatyzmem europejskich mężów stanu. Sukces został odtrąbiony. Sprawny matematycznie wicepremier Kalinowski (w końcu chłop, a każdy chłop umie liczyć) od razu i bez kalkulatora obliczył, że każdy rolnik dostanie do każdego hektara około 400 złotych. A jak obliczył, to podzielił się tymi wynikami ze wszystkimi kolegami po fachu. Co prawda uwierzyli mu tylko nieliczni, ale rosły szeregi tych, którzy już liczyli, ile pieniędzy wpadnie im do kieszeni i czy w związku z tym w ogóle opłaca się jeszcze orać i siać.

Okazało się jednak, że albo unijni negocjatorzy byli tego 13 grudnia już bardzo zmęczeni, albo nasz premier niezbyt wyraźnie mówił po angielsku, w każdym razie każda ze stron zrozumiała zapisy tak jak chciała. My, że całe dopłaty dla rolników, na poziomie 40 proc. tego, co otrzymują farmerzy unijni (25 proc. było uzgodnione wcześniej, a 15 proc. — tu był sukces — zostało przesunięte z funduszu rozwoju wsi), będą bezpośrednie i dostanie je każdy, kto ma ponad hektar ziemi. Jeszcze 15 proc. mogliśmy dołożyć z własnego budżetu, ale to już zapewne teoria, no bo niby skąd, jak w budżecie same dziury. Bruksela zaś zrozumiała, że na dopłaty bezpośrednie pójdzie tylko uzgodnione wcześniej 25 proc., a pozostałe 15, i teoretyczne 15 (z budżetu) może zostać przeznaczone na dopłaty do produkcji, i to najlepiej takiej, której nie ma lub prawie nie ma. I tak oto z praktycznych 40 proc. i hipotetycznych 15, zrobiło się 25 proc. praktycznych i 30 hipotetycznych.

Oczywiście zdania na temat wyższości jednego systemu nad drugim są podzielone, a argument zwolenników systemu mieszanego, promującego rolników o najwyższej produktywności, że dopłaty bezpośrednie petryfikują nieefektywną strukturę polskiej wsi, trudno odrzucić, ale...

- dopłatami do produkcji objęte są tylko niektóre jej rodzaje, i to często te, które u nas są w zaniku

- jak nie ma produkcji — nie ma dopłat

- by zaabsorbować dopłaty bezpośrednie do hektara, trzeba zbudować uproszczony system IACS (zarządzanie nimi) — mamy z tym ogromne kłopoty i zapewne nie zdążymy

- by móc przyjąć dopłaty do produkcji, trzeba zbudować pełny system IACS — z tym z pewnością nie zdążymy.

Podsumowując: zapewne skończy się na 25 proc. dopłat, może uda się nieco uszczknąć z dopłat do produkcji, unijni księgowi sporo zaoszczędzą, a na polską wieś spłynie znacznie mniej pieniędzy.