W czwartek nastroje przenosiły się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek
giełdowego zegara. Środowa sesja na Wall Street nie dostarczyła bykom żadnego
bodźca. Jednak dość dynamiczne, wieczorne osłabienie się dolara, mogło wskazywać
na zmianę nastrojów, a konkretnie na spadek niepokoju, związanego z sytuacją
wokół Irlandii i w domyśle pozostałych państw europejskich, znajdujących się w
kłopotach.
Optymizm najpierw jednak pojawił się na rynkach azjatyckich, a
przede wszystkim w Japonii, gdzie Nikkei zyskał 2 proc. Były powody, bo
osłabieniu się dolara wobec euro nie towarzyszyło umocnienie jena.
Europejscy inwestorzy już rano mieli co najmniej trzy powody do optymizmu. Bo oprócz azjatyckiej zachęty i ustąpienia irlandzkiej gorączki, była jeszcze chęć odreagowania wtorkowej przeceny. Nic więc dziwnego, że już na otwarciu indeksy solidnie rosły. Później dochodziły kolejne argumenty na rzecz byków, jak choćby kontynuacja osłabienia dolara, idące w ślad za tym w górę notowania surowców.
Także i za oceanem handel rozpoczął się zdecydowanie na plusie, a skala zwyżki szybko zwiększyła się do 1,7 proc., po nieoczekiwanym skoku indeksu Fed z Filadelfii z 1 do 22,5 punktów. Niemal przez cały dzień niedźwiedzie były bezradne. Niewielkie osłabienie w końcówce notowań można zbagatelizować.
Obraz rynku byłby niemal sielankowy, a prognoza rozwoju sytuacji dość prosta,
gdyby nie jeszcze jeden, poważny czynnik ryzyka, jakim są spodziewane decyzje
Chin w sprawie stóp procentowych. Może on hamować entuzjazm na dzisiejszej
sesji. Dzisiejsze zwyżki w Szanghaju na niebezpieczeństwo nie wskazują, ale
Chińczycy lubią zaskoczyć.
Byki w Warszawie nie będą miały raczej zbyt
komfortowej sytuacji, jeśli zachcą odrobić czwartkowe zaległości wobec innych
rynków.
Roman Przasnyski, Open Finance