Bessa na rynkach nie chce łatwo ustąpić

Włodzimierz Uniszewski
14-03-2008, 00:00

W niepewnych czasach gotówka staje się dobrem wielce pożądanym, a dążenie do ochrony kapitału wygrywa z chęcią zysku. Ostatnie sesje stanowią doskonały przykład zasady dominacji strachu nad nadzieją w motywowaniu zachowań. W środę warszawscy inwestorzy woleli tylko przypatrywać się dalszej poprawie koniunktury za granicą. Gdy jednak karta się odwróciła, równie wystraszeni jak inni, ruszyli do wyprzedaży akcji.

Przecenę sprowokowały wieści zza Atlantyku, gdzie optymizmu starczyło tylko na wtorkową znaczną zwyżkę po ogłoszeniu przez Rezerwę Federalną (Fed) planu wzmocnienia rynku kredytowego. Dzień później do głosu doszły wątpliwości w skuteczność działań Fedu, a pesymizm pogłębiły drożejąca ropa oraz słabnący dolar. Czarę goryczy przelała informacja o niewypłacalności funduszu Carlyle Capital, inwestującego w hipoteczne papiery dłużne. Kontynuacji wzrostu na Wall Street nie było, a inwestorzy zaczęli się obawiać, że podskok indeksów był pułapką.

Rano nastroje były jeszcze gorsze po dużym spadku w Tokio w reakcji na dalszą zniżkę kursu dolara do jena. Kontrakty na amerykańskie indeksy zapowiadały nowe, duże straty. Europejskie rynki nie miały wyboru i zaczęły dzień głęboko pod kreską. Już na otwarciu indeksy GPW zanurkowały, a WIG20 przebił w locie wsparcie na poziomie 2900 pkt, którego już do końca dnia nie pokonał. Po pierwszym uderzeniu podaż ustała i zaczęła się wielogodzinna konsolidacja, której towarzyszyły mizerne obroty.

Przez cały dzień napływały złe wieści. Coraz bardziej nakręcająca się spirala deprecjacji dolara i aprecjacji surowców zaczęła siać postrach. Dolar spadł do 1,56 za euro, a kontrakty na złoto dotknęły magicznej bariery 1000 USD za uncję. Najbardziej jednak niepokoiła drożejąca w oczach ropa, która przebiła w Nowym Jorku cenę 111 USD za baryłkę. Kontynuacja tego trendu grozi wzrostem inflacji i rynkowych stóp procentowych w USA, co postawiłoby Fed w trudnym położeniu.

Na osłabione rynki spadła po południu informacja o znacznie niższej od prognozowanej sprzedaży detalicznej w USA.

Indeksy GPW ustanowiły nowe minima, ale na koniec sesji udało im się odrobić część strat dzięki lekkiej poprawie notowań za oceanem. Ostatecznie WIG20 obniżył się o 3,1 proc. przy niespełna 1 mld zł obrotu. Honoru blue chipów broniła TP, tracąc tylko 1 proc. Zawiodły banki i spółki surowcowe. Ponad 5 proc stracił BZ WBK po informacji o możliwym kosztownym rebrandingu.

Co dalej?

Spadek bez znaczenia

Obroty na GPW były rekordowo niskie, a spadek indeksów nazbyt duży do rzeczywistej siły podaży. Przy zupełnej bierności krajowego kapitału dalszy kierunek rynku zależy wyłącznie od sytuacji za granicą. Na razie styczniowe minimum wciąż się broni i dopiero jego wyraźne przebicie da sygnał do porzucenia akcji na dobre.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Włodzimierz Uniszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Bessa na rynkach nie chce łatwo ustąpić