To jedna piąta PKB. Wartość rynkowa krajowych spółek stopniała do 364 mld zł. Pod tym względem GPW cofnęła się do 2006. A byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie liczne w tym czasie debiuty, w tym na przykład dewelopera LC Corp, Cyfrowego Polsatu czy Zakładów Azotowych Tarnów.
Wszystko przez Amerykę, w której zatrząsł się cały rozpasany rynek
finansowy. W lipcu ubiegłego roku pękła bańka cenowa na tamtejszym rynku
nieruchomości. To pociągnęło za sobą w dół wyceny różnego typu aktywów opartych
na cenach nieruchomości. Instytucje finansowe zaczęły jak nigdy szanować
gotówkę. Skutki tej zapaści widać do dzisiaj i na całym świecie. Na tym nie
koniec problemów. W ostatnich miesiącach do niebotycznych rozmiarów rozrosła się
bańka cenowa na rynku ropy naftowej. To z kolei winduje na całym świecie
inflację, co wymusza na bankach centralnych podwyżki stóp procentowych i podraża
koszt kredytów.
Nad Wisłą bessę odczuli w kieszeniach zwłaszcza inwestorzy indywidualni.
Z portfeli około 300 tys. osób, które inwestują na własną rękę, wyparowało przez
rok 70 mld zł. Wśród nich są tuzy parkietu. Aktywa Leszka Czarneckiego i Michała
Sołowowa zmniejszyły się po blisko 5 mld zł, a Romana Karkosika — o 3,4 mld zł.
Kolejne 40 mld zł zniknęło z rachunków trzech milionów klientów funduszy
inwestycyjnych. Stratni są też przyszli emeryci z funduszy emerytalnych (ich
straty wynoszą 40 mld zł) i inwestorzy zagraniczni, którzy jednak straty
rekompensują sobie mocnym złotym (przypada na nich pozostałe 50 mld zł).
Ktoś powie: przecież to tylko straty papierowe.
To nie do końca prawda. Odczuje to zapewne polska gospodarka. Pytanie tylko, w jakim stopniu. Oszczędzający, którzy codziennie śledzą tabele z notowaniami i wycenami TFI, są i czują się biedniejsi. Wielu z nich zrealizowało straty i na lata rozstało się z parkietem. To przełoży się na skłonność Polaków do wydawania pieniędzy na zwykłą codzienną konsumpcję, sprzęt RTV, auta czy chociażby nieruchomości. W lepszej sytuacji są klienci OFE. Większość z nich przejdzie na emeryturę dopiero za kilkanaście lat. Jest więc czas, aby odrobić straty.
Ale bessa daje się we znaki nie tylko inwestorom. Problemy mają emitenci.
Zdobycie kapitału na parkiecie graniczy obecnie z cudem. Przedsiębiorcy muszą
szukać pieniędzy na rozwój w bankach, które ostatnio zaostrzają politykę
kredytową. To może ograniczyć inwestycje, które odpowiadają za jedną czwartą
krajowego wzrostu gospodarczego.
A jeszcze rok temu było tak dobrze. W 2007 r. 81 spółek znalazło w kieszeniach inwestorów około 5 mld zł (nie uwzględniając austriackiego Emmoeastu). Po pierwszym półroczu tego roku 23 emitentów zdobyło z emisji akcji tylko 1,3 mld zł. Wiele spółek odłożyło debiut na lepsze czasy.
Wśród poszkodowanych jest też polski rząd z ministrem finansów na czele.
Po latach ruszyła w końcu prywatyzacja przez giełdę. Plan na kolejne miesiące
jest ambitny (m.in. energetyczna Enea, giełda). Tymczasem niższe wyceny giełdowe
zmniejszą zapewne wpływy ze sprzedaży akcji, które trafią do budżetu oraz
państwowych spółek. Po drugie — ewentualny wolniejszy wzrost gospodarczy to
mniejsze wpływy z różnych podatków. Minister finansów powinien raczej zapomnieć
o liczonym w miliardach podatku od dochodów kapitałowych. Wielu inwestorów
dzięki bessie zbudowało sobie na lata sporą tarczę podatkową.
Więcej w środowym "Pulsie Biznesu".