Bez komunałów

Adrian Chimiak
opublikowano: 04-12-2006, 00:00

Nie mają kłopotu z naborem pracowników, chociaż nie otrzymują oni tzw. wstydliwego. Nikt nie uważa pracy przy śmieciarce za dopust boży.

Choć kanalizację ściekową znano już w starożytnym Rzymie, to w Wieruszowie do połowy lat 60. nie było jej ani kilometra. Śmieci wyrzucało się do jaru. Gdy w 1969 r. umarł ostatni koń, furman szlochał i lamentował: Jak my teraz będziemy pracować?

— Dziś praktycznie cały powiatowy Wieruszów jest skanalizowany. Ma 98 km sieci — opowiada Grzegorz Zając, prezes zarządu Przedsiębiorstwa Komunalnego w Wieruszowie.

Przedsiębiorstwo liczy pół wieku. Do 1992 r. było typową państwową firmą. Brakowało środków na inwestycje, a zysk się nie liczył. Prawdę mówiąc, w biurowcu do dziś niewiele się zmieniło, ale duch firmy jest zgoła inny.

— Odkąd mienie przeszło na własność gminy, rozszerzyliśmy pole działania. W statucie mamy zapisaną możliwość działania w całej Polsce. Startujemy w wielu przetargach i udaje nam się wygrywać z firmami prywatnymi. Niedawno próbowało wejść na nasz rynek zachodnioniemieckie przedsiębiorstwo oferujące wywóz śmieci. Przedstawiliśmy korzystniejsze warunki — chwali się prezes Zając.

Wieruszowskie Przedsiębiorstwo Komunalne oprócz wywożenia nieczystości stałych i płynnych dostarcza wodę, wytwarza energię cieplną dla budynków komunalnych oraz przeprowadza remonty budowlane na rzecz gminy.

— Wyprzedzając przebudowę dróg w sąsiednich gminach, przekładamy wodociągi i instalujemy kanalizację. Niedawno budowaliśmy wodociąg w Łęce Opatowskiej w województwie wielkopolskim, a w pobliskich Łubnicach oddaliśmy do użytku siedem kilometrów — wylicza Grzegorz Zając.

Pokazuje mi swą największą dumę.

— Kiedy kilkanaście lat temu upadały okoliczne PGR-y, pozostawiały po sobie mnóstwo sprzętu. Wpadłem na pomysł wykorzystania najlepszych urządzeń i uruchomiliśmy stację kontroli pojazdów. To właśnie z niej czerpiemy największe zyski — mówi prezes.

Wchodzimy na kanał. Stacja jest przeciwieństwem biurowca — nowocześnie wyposażona, przestronna, czysta i zadbana.

Pieniądze nie na wysypisku

W Wieruszowie mieszkańcy są przyzwyczajeni do segregacji śmieci.

— Osobno wysyłamy wozy po szkło, makulaturę i plastiki. Prasujemy butelki plastikowe i oddajemy firmom produkcyjnym. Podobnie ze szkłem, odbiera je huta z Murowa na Opolszczyźnie — twierdzi Grzegorz Zając.

Czasami firma zgromadzi zbyt mało makulatury — wtedy problemem staje się wywiązanie z umów z odbiorcami.

— Wytwórnie papieru nie przyślą auta, które będzie tylko do połowy załadowane. Może mieszkańcy Wieruszowa powinni czytać jeszcze więcej gazet? — żartuje prezes.

Na śmietnisko trafiają tylko te odpady, na których przedsiębiorstwo nie może już zarobić. Obecny segment zostanie zapełniony w siedem lat, całe wysypisko powinno przyjmować śmieci jeszcze przez co najmniej 20 lat.

— Pracujemy nad unowocześnieniem gospodarki wodno-ściekowej. Odkąd pobudowaliśmy pompy, ciśnienie we wszystkich kranach jest właściwe. Przed nami remont oczyszczalni ścieków, jej wydajność jest niewystarczająca — zapowiada Grzegorz Zając.

Na jego biurku leży dokumentacja oczyszczalni, prezes czeka na decyzję unijnych urzędników.

Służą gminie

— Wiele naszych przedsięwzięć jest nastawionych nie tylko na zysk. Wiemy, że mamy służyć gminie i jej mieszkańcom, a jednocześnie dajemy pracę 96 osobom. W ogóle nie mamy problemu z naborem pracowników, w porównaniu z innymi przedsiębiorstwami komunalnymi wypłacamy całkiem przyzwoite pensje — zapewnia Grzegorz Zając.

Pracownicy nie otrzymują tzw. wstydliwego, nikt nie uważa pracy przy śmieciarce za dopust boży.

— To najczęściej wielozawodowcy. Jednego dnia są malarzami, drugiego hydraulikami. Szkolimy ich we wszystkich możliwych kierunkach — mówi prezes.

Firma angażuje się w sponsoring.

— Budujemy schody, remontujemy szkoły, wykonujemy wiele prac na rzecz miasta. Zarządzanie budynkami dla wspólnot nie jest już darmowe, ale zarabiamy na tym naprawdę niewiele — mówi Grzegorz Zając.

Niedawno zewnętrzna firma budowlana wykonała kolektor sanitarny, który tuż po uruchomieniu zaczął zapadać się w grząski grunt.

— Sprawa skończyła się w sądzie, wygraliśmy i otrzymaliśmy pieniądze, a tamta firma zbankrutowała. Ale ile nerwów przy tym było — wspomina prezes.

Prywatnie uwielbia spacery po lesie ze strzelbą. Jest selekcjonerem w miejscowym kole łowieckim.

— Odstrzału dokonuje się tylko na słabszych osobnikach, teraz więcej dokarmiam, głównie sarny. W przyszłym roku zapraszam na bażanty. Jest tu ich tyle co pracy — naprawdę sporo — mówi Grzegorz Zając.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Chimiak

Polecane