Bez korony orzeł wzbijał się wyżej

opublikowano: 01-07-2021, 20:00

Kalendarzowa przerwa między pucharową fazą 1/8 a ćwierćfinałami rozproszonego piłkarskiego turnieju EURO 2020 to naturalna okazja do pierwszych, chociaż jeszcze bardzo cząstkowych komentarzy.

Z polskiego punktu widzenia najważniejsze stało się oczywiście niemal standardowe odpadnięcie reprezentacji na ostatnim miejscu w miernej grupie. Medal tej zasłużonej porażki ma jednak dwie strony, nie tylko ciemną, jaką jest zrozumiały narodowy zawód. Jasna to pęknięcie balona pychy, który z okazji EURO 2020 nadęty został bez opamiętania przez propagandowy aparat władzy, czyli zasilaną budżetowymi miliardami TVP. Z hukiem eksplodowały plany ogrzewania się rządzących w jakimkolwiek, choćby wyimaginowanym sukcesie. Zwyczajni kibice najpopularniejszego sportu na świecie mogą zaś na luzie chłonąć emocjonujący turniej. Na przykład poniedziałek 28 czerwca był jednym z najwspanialszych dni (te gole, remisy, dogrywki, karne…) w dziejach może nie futbolu, ale na pewno finałowych turniejów światowych i europejskich. Notabene wśród memów podsumowujących polską marność dla mnie mistrzem kreatywności stał się autor tezy, że z EURO 2020 wcale nie odpadliśmy tak szybko, bo dopiero w roku 2021…

Znowu nam nie wyszło… Robert Lewandowski po porażce ze Szwecją stracił wiarę, że do zakończenia jego kariery reprezentacji Polski jeszcze cokolwiek wyjdzie.
DMITRI LOVETSKY / Reuters / Forum

Sukcesy/porażki sportowe absolutnie nie przekładają się na PKB, ale dla tkanki społecznej mają znaczenie ogromne. W tym kontekście pesymistyczny wydźwięk ma okoliczność, że wyrosły u nas już dwa pokolenia, dla których najwybitniejszym poznanym w czasie rzeczywistym sukcesem polskiej piłki nożnej były… karne podczas EURO 2016 – na poziomie 1/8 szczęśliwe, w fazie 1/4 pechowe. Wszystko, co naprawdę cenne i wielkie zdarzyło się w zamierzchłej epoce PRL, stąd wniosek zapisany w tytule. Jedyne światełko w piłkarskim tunelu III Rzeczypospolitej to doskonały występ srebrnej olimpijskiej młodzieżówki na igrzyskach Barcelona 1992. Potem przez 29 lat nędzy trafiały się jedynie epizodyczne przebłyski, takie jak np. w 2014 r. na PGE Narodowym historyczne pokonanie Niemców, wtedy świeżych mistrzów świata. W tym kontekście czuję się farciarzem, albowiem pamiętam jak dzisiaj każdy szczegół drogi reprezentacji Polski po olimpijskie złoto w Monachium 1972 oraz po trzecie miejsca w mundialowych epopejach RFN 1974 i Hiszpania 1982. Z obu tych turniejów pamiętam również narodowy stres po porażkach – z RFN w basenie Waldstadionu we Frankfurcie oraz z Włochami w skwarze Camp Nou w Barcelonie – których następstwem w obu wypadkach było… nieawansowanie Polski do finału mistrzostw świata! W zestawieniu z obecnym powodem narzekań kibiców, czyli podwinięciem przez piłkarzy ogona już w fazie grupowej, różnica jest wręcz kosmiczna.

Istnieje sprawdzony sposób, aby Polacy przestali nerwowo przeżywać fatalny ciąg trzech meczów – otwarcia, o wszystko i o honor. Został już wielokrotnie przećwiczony, przypomnijmy sobie choćby absolutnie bezstresowe dla kibicowskich rzesz w naszym kraju mistrzostwa świata RPA 2010 oraz Brazylia 2014. Po prostu – wcale nie trzeba tam jechać po pewne porażki, wystarczy zakończyć występy wcześniej, od razu na poziomie grup eliminacyjnych. Początek rywalizacji o udział w mundialowym turnieju Katar 2022 wskazuje, że jesienią piłkarze mogą taki plan zrealizować. I nie będzie miał na to wpływu ani następca Zbigniewa Bońka na czele PZPN, ani utrzymanie/zwolnienie jako selekcjonera kadry portugalskiego trenera Zołzy (podaję powszechnie krążącą wersję fonetyczną), ani też powrót meczów eliminacyjnych na szczęśliwy dla reprezentacji od siedmiu lat PGE Narodowy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane