Bez matury, a już z indeksem i dyplomem magistra

Dorota Czerwińska
opublikowano: 2010-06-18 15:58

Nie skończyli jeszcze podstawówek, a już mają indeksy, biorą udział w wykładach, zaliczają zajęcia.

O kim mowa? O dzieciach z Uniwersytetów Dziecięcych. O popularności takich instytucji świadczy to, że na letni semestr na Ekonomicznym Uniwersytecie Dziecięcym (EUD) zapisy trwały pięć minut.

— W Warszawie przyjęliśmy 160 dzieci w wieku 11-13 lat, w Katowicach — 120, w Białymstoku i Bełchatowie w sumie 200 — mówi Agnieszka Orzeszkowska z Fundacji Promocji i Akredytacji Kierunków Ekonomicznych (FPiAKE), który od 2008 r. wspólnie ze Szkołą Główną Handlową organizuje EUD.

Dzieci mogą skorzystać również z zajęć na Politechnice Warszawskiej, Łódzkiej, Białostockiej. W Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i Olsztynie działa natomiast Uniwersytet dla Dzieci, którego twórcą jest Fundacja Paideia. "Studentem" Uniwersytetu dla Dzieci przy Szkole Wyższej Psychologii Społecznej (SWPS) w Warszawie można zostać już w wieku 6 lat.

Wykład w auli

Pierwszy Uniwersytet Dziecięcy powstał na Uniwersytecie w Tybindze w 2002 r., a kolejny w Wiedniu. Dziś jest prawie na każdej uczelni w Niemczech i Austrii. Szybko dołączyły do nich uniwersytety w Szwajcarii i Lichtensteinie, potem w Wielkiej Brytanii, USA i Słowenii. Po co uczelnie organizują zajęcia dla dzieci?

— Uruchomienie Uniwersytetu dla Dzieci wiąże się przede wszystkim z realizacją idei uczenia się przez całe życie. Uniwersytet powstał z myślą o rodzicach, którzy szukają ciekawej oferty zajęć dla swoich pociech, chcą pokazać im już na wczesnym poziomie edukacji, jak wygląda uczelnia, oswoić z przestrzenią studencką, stworzyć pozaszkolne możliwości rozwijania wiedzy o świecie — twierdzi Natalia Osica z SWPS.

— Naszym celem jest rozbudzanie w dzieciach pasji związanej ze zdobywaniem wiedzy, a także pielęgnowanie w nich naturalnej ciekawości świata w czasie wykładów i zajęć warsztatowych. Chcemy prostym językiem wyjaśniać im zagadnienia, o których słyszą z rozmów dorosłych czy z telewizji — dodaje Agnieszka Orzeszkowska.

W Polsce za semestr trzeba płacić około 100-150 zł. W innych krajach zajęcia są na ogół bezpłatne, utrzymywane z grantów na popularyzację wiedzy.

— Uniwersytet dla Dzieci nie przynosi uczelni dodatkowych zysków. Wysokość czesnego i opłaty za udział w warsztatach wystarczają na to, by zapłacić prowadzącym, pokrywają koszt materiałów, upominków dla dzieci, pozwalają zatrudnić osoby, które podczas zajęć opiekują się dziećmi, nie mówiąc o personelu, który czuwa nad całą koncepcją i administracją projektu — wylicza Natalia Osica.

Student Maciuś

Dzieci dostają indeksy, do których po zajęciach otrzymują wpisy w postaci pieczątki lub naklejki. Niektóre uczelnie dają im na koniec dyplom "magistra Uniwersytetu Dziecięcego". Wykładowcami są pracownicy naukowi. Mali słuchacze odbywają zajęcia w grupach seminaryjnych i mają opiekuna naukowego. Czego się uczą? Na przykład, jak inżynierowie pomagają lekarzom, dlaczego polimery świecą, jak zarządzać finansami, co to jest marketing.

— Program wykładów i warsztatów jest bardzo zróżnicowany i dotyczy zarówno anatomii, jak i bezpieczeństwa na drodze czy w internecie, Układu Słonecznego, tajemnic mózgu, prehistorii i dinozaurów czy emocji, które odczuwamy na co dzień — wymienia Natalia Osica.

Czy małe dzieci są w stanie zrozumieć wykładowców akademickich?

— Uczymy przez zabawę. Nasi najmłodsi studenci biorą udział w warsztatach chemicznych, inscenizacjach procesów sądowych, poznają zasady bezpiecznego surfowania w sieci. Zajęcia prowadzą wykładowcy, którzy mają podejście do dzieci, potrafią je zaciekawić, nauczyć — twierdzi Natalia Osica.

— To są zajęcia interaktywne, które uczą ciekawości świata, prowokują do myślenia.

Dzieci mogą się wypowiedzieć, zostać wysłuchane i znaleźć proste odpowiedzi na bardzo trudne pytania — uważa Mirosław Kąkolewski, rodzic, którego syn uczestniczył w zajęciach na SGH.

I żałuje, że tak samo nie prowadzi się lekcji w szkołach.