Skończył się weekend, a praktycznie tydzień, w którym po otwarciu telewizyjnej lodówki wyskakiwał Smoleńsk. Życie publiczne wróci do spraw bieżących, ale także będzie zdominowane — rozkręcającą się kampanią prezydencką. Obchody piątej rocznicy katastrofy w każdym razie potwierdziły, że tzw. zakon zamachowy staje się coraz bardziej zabetonowany i szans na osiągnięcie w Polsce zgody w sprawie przyczyn tragedii już nie ma.

Istnieje jednak wątek, w którym opinia publiczna jest zgodna. To fatalny poziom pracy organów państwa po katastrofie. Na przykład Naczelna Prokuratura Wojskowa w kategorii publicznego obciachu podała rękę Państwowej Komisji Wyborczej.
Szczególnym tematem po Smoleńsku stało się zaś bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie, bynajmniej nie chodzi tu o jazdę prezydenta wyborczym tramwajem. Wobec nierozstrzygnięcia przetargu na nowe samoloty, od pięciu lat prezydent, premier czy marszałkowie zostali po prostu pasażerami PLL LOT w rejsach czarterowych, a nawet… liniowych do USA.
Paradoksalnie wierchuszka państwa jest chroniona antyterrorystycznie… gorzej od pasażerów zwykłych rejsów. Będąc czasem uczestnikiem VIP-owskich lotów obserwuję to od lat. O ile przy wylocie z wojskowego portu na Okęciu procedury są standardowe, o tyle przy powrotach zdarzyło mi się już niejeden raz wpadać do samolotu z dziennikarskiego busa biegiem bez jakiejkolwiek kontroli czegokolwiek! Przed Smoleńskiem zdarzało się to regularnie, obecnie sporadycznie, ale jednak.
Oczywiście wśród dziennikarzy i innych osób towarzyszących prezydentowi czy premierowi nie znajdują się potencjalni samobójcy. Nasze bagaże jednak często leżą na kupce gdzieś w hotelowym lobby, niby pod optyczną kontrolą, ale… Taka luka w systemie bezpieczeństwa wręcz zachęca wroga do jej wykorzystania.