Analitycy tłumaczyli pro zakupowe nastawienie inwestorów rosnącym optymizmem związanym z rozwojem największej gospodarki świata.
To co obecnie pomaga rynkom, to wiara, że „spadkowe” ryzyka dla akcji są obecnie limitowane – ocenia Alan Gayle, starszy strateg w Ridge Worth Management w rozmowie z agencją Bloomberg.
Amerykański rynek akcji znajduje się w piątym roku „byka”. Indeks S&P500 zyskał już 143 proc. od 12-letniego dołka z 2009 r., a zwyżka napędzana jest lepszymi niż oczekiwano zyskami spółek i trzema rundami „luzowania ilościowego – zakupów obligacji) prowadzonymi przez Rezerwę Federalną.
Analitycy powoli przestrzegają jednak przed nadmiernym przegrzaniem rynku wskazując, że według stanu na poniedziałek aż około 87 proc. spółek z indeksu S&P500 handlowanych było powyżej ich średniego kursu z minionych 50 dni. To blisko najwyższego poziomu od trzech miesięcy. W styczniu odnotowany został dwuletni szczyt tego wskaźnika na poziomie 93 proc. Z kolei w przypadku 67 spółek w poniedziałek ich akcje zamknęły się na 52-tyg. szczycie, zaś żadna nie notowała 52-tyg. minimum.
W kalendarium zabrakło istotnych danych makro, w rezultacie czego uwagę inwestorów przykuwały przede wszystkim doniesienia ze spółek.
We wtorek szczególną estymą handlujących cieszyły się udziały spółek z sektora finansowego i surowcowego. W pierwszym przypadku powody do zadowolenia mogli mieć zwłaszcza posiadacze akcji Bank of America (drożejące momentami o ponad 2,7 proc., najmocniej w średniej przemysłowej Dow Jones), Citigroup oraz Goldman Sachs Group.
Gorycz sporej straty, sięgającej ponad 9 proc. musieli za to przełknąć udziałowcy SolarCity. Ten drugi w USA pod względem wartości rynkowej producent kolektorów słonecznych nie miał udanego pierwszego kwartału. Spółka poniosła stratę z powodu wzrostu kosztów instalacji systemów dachowych paneli słonecznych, którymi nie mogła lub w tylko znikomym stopniu obciążyć klientów.
Na finiszu sesji indeks DJ IA zyskiwał 0,82 proc. S&P500 rósł o 1,01 proc. zaś technologiczny Nasdaq zwyżkował o 0,69 proc.