Gdyby dokonać najprostszego z możliwych pierwszego bilansu korzyści i strat wynikających z naszego przystąpienia do Unii Europejskiej, czyli prostego zliczenia ocen dokonanych przez specjalistów z najróżniejszych branż naszej gospodarki, wynik byłby imponujący: 8 zwycięstw, 1 porażka i 3 remisy. Ligowa drużyna z takim bilansem, jeśli nie byłaby liderem, to z pewnością lokowałaby się w ścisłej czołówce tabeli. Żeby już wszystko do końca było jasne: specjaliści z ośmiu branż uznali, że nasza akcesja do UE miała korzystny wpływ na sytuację w ich branżach, trzech oceniło ten fakt jako neutralny (przynajmniej w pierwszych miesiącach), a tylko jeden stwierdził, że branża, którą reprezentuje (rybołówstwo) straciła w wyniku przystąpienia do otwartego rynku.
Taki bilans dla jednych jest miłym zaskoczeniem, dla innych wręcz szokiem. Jeszcze raz okazało się, że nie wszystko da się przewidzieć. Fachowcy zgodnie przyznają, że pierwsze miesiące w Unii Europejskiej przyniosły wiele niespodzianek i zarówno największe sukcesy, jak i zagrożenia nadeszły nie tam, gdzie ich oczekiwano. Wydaje się, że biznes sprostał wyzwaniu. Wykorzystał rodzące się szanse, zdołał uniknąć pierwszych, najbardziej niebezpiecznych, raf. Jest to tym cenniejsze, że przyszło mu działać w niełatwych warunkach, zmagać się nie tylko z polskimi i brukselskimi biurokratami, ale też niestabilnym złotym, istotnie wpływającym na rentowność wymiany handlowej. Gorzej z administracją państwową, która — niejako starym zwyczajem — w wielu miejscach nie zdążyła, w innych swoją niemoc przerzuciła na „siłę wyższą” —czyli Unię właśnie. Ale to akurat nie było żadną niespodzianką.
Można oczywiście powiedzieć, że jeszcze zdecydowanie za wcześnie na robienie tego typu bilansów, że to dopiero pierwsze koty za płoty, ale chociaż — jak mówił były premier — mężczyznę (i nie tylko) poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy, to będziemy się jednak upierali, że pierwsze wrażenie też się liczy, a dobry start decyduje często o sukcesie.