Biurowe sposoby na nirwanę

opublikowano: 19-03-2018, 22:00

Kowalski może krzywić usta zieloną herbatą, a kończyny jogą, a wystarczyłoby zainwestować w buddę — dla zarobku i świątynnego spokoju.

Błogo, jakby bez przyczyny uśmiechnięte albo z kamienną twarzą pokerzysty — liczne gromady dwu lub wielorękich azjatyckich figur będą zaprowadzać harmonię ducha i portfela w ramach tzw. Asia Week, a więc przypadającego na połowę marca święta skośnookich inwestorów. Serie lśniących złoceniami ekspozycji i cały kalendarz nerwowych licytacji sprowadzą do światowych domów aukcyjnych wszystkich wiernych i laików, chcących pokłonić się buddom za kilka milionów albo rozejrzeć za odpowiednikiem czczonym przez rynek jeszcze w tysiącach.

Drewnianą,
inkrustowaną szkłem figurę wycenia się na 48 tys. zł — jak podaje Prima Porta
Antiquities, pochodzi z III Królestwa Myanmar, z okresu dynastii Konbaung i
panowania króla Alaungpaya. Dla Kowalskiego: z czasów Mozarta.
Wyświetl galerię [1/2]

MOZART BUDDÓW

Drewnianą, inkrustowaną szkłem figurę wycenia się na 48 tys. zł — jak podaje Prima Porta Antiquities, pochodzi z III Królestwa Myanmar, z okresu dynastii Konbaung i panowania króla Alaungpaya. Dla Kowalskiego: z czasów Mozarta. FOT. PRIMA PORTA ANTIQUITIES

„…with hands in dharmachakra mundra and seated in vajraparyankasana” — czytamy przy figurze z estymacją do 1,2 mln USD (4,1 mln zł), doznając dzięki niej oświecenia, że najcięższe wyrazy wcale nie muszą być ze słownika zachodniego sąsiada — powyższe dwa oznaczają kolejno buddyjskie koło Dharmy i skrzyżowanie nóg przy takim ułożeniu stóp, którego lepiej nie próbować pierwszy raz za biurkiem. Kosztowny budda czeka na licytację w mniszej szacie przerzuconej przez lewe ramię, stosownej biżuterii i na piedestale z lotosu z półszlachetnymi kamieniami i dwoma tłustymi lwami — cicho pielęgnując mentorską wiedzę, z czego wynika jego cena.

Budda poniedziałkowy

Buddyjskie posążki, skąpane w farbie udającej stare złoto, szybko można sobie przypomnieć w towarzystwie grubej grafitowej świecy, wschodniej komody i niepasującej ramki w nadmorskim stylu Hamptons. Oferta sklepów wnętrzarskich dostarcza jednak mniej lub bardziej ryzykownych dekoracji, tymczasem w oświeconego nauczyciela można zainwestować na rynku antykwarycznym, tak w ramach Asia Week, jak i nad Wisłą.

W związku z tym, że człowiecze przedstawienia buddy zrodziły się na północy Indii, a także na obszarach dzisiejszego Pakistanu i Afganistanu już w pierwszym stuleciu naszej ery, zdążyły rozmnożyć się do prawdziwej feerii rodzajów o najróżniejszych pozach, miękko falujących dłoniach i połyskujących ozdobach.

— Wizerunek buddy zawsze jest obiektem religijnym, chociaż — w przeciwieństwie na przykład do krucyfiksu — można go podarować komuś na szczęście. Bliżej byłoby może w tym przypadku do katolickich świętych. Sam kult również różni się diametralnie, bo dzięki wielości typów przedstawień budda odpowiada za konkretne aspekty życia codziennego, jest nawet inny na każdy dzień tygodnia. W zależności od okoliczności pełni różne funkcje — może wprowadzać pewien bezcenny spokój na biurku inwestora, ale na Bali buddzie składa się na przykład podarki z jedzenia zapakowanego w liście, w takiej ilości, że przesłaniają nierzadko cały budynek świątyni — komentuje dr Matthias Renz z warszawskiej galerii Prima Porta Antiquities, oferującej również takie figury.

Taka mnogość rodzajów, w zestawieniu z łapczywym popytem inwestorów z Azji, prowadzi w dodatku do tego, że na bujnym rynku buddyjskich wcieleń da się prześledzić konkretne trendy. Jak zaznacza Tristan Bruck, specjalista Christie’s, obecnie najintensywniej poszukiwane są pozłacane posągi z brązu powstałe w określonym czasie, m.in. z wczesnego okresu dynastii Ming, a więc za panowania cesarzy Yongle czy Xuande, nepalskiego królestwa Licchavi czy dynastii Malla, a także z XV w., jeśli mowa o odlewach tybetańskich. Niezależnie od pochodzenia figury czy progu wejścia ekspert radzi przy tym, żeby zawsze wybierać najlepszą jakościowo, na jaką można sobie pozwolić — ale nigdy nie wpadając w zachwyt na podstawie samego zdjęcia, bo o to modlą się do wszystkich bóstw po kolei nieprawi fałszerze.

Pogłaszcz patynę

Najbardziej ordynarne falsyfikaty są owocem szybkiego przeglądania dostępnych materiałów, a więc fotografii z internetu, które zazwyczaj ujmują uśmiechniętego buddę na wprost, nie pokazując już, jak opracowane są plecy, tył postumentu czy w ogóle spód posągu. Jak przestrzegają eksperci, rzeźbiarskie fantazje po mniej eksponowanej stronie potrafią mieszać się z wersjami całkowicie niedorobionymi, tworząc inwestycyjne miraże, którym ulegają kolekcjonerzy zawierzający niesprawdzonym internetowym oferentom.

— Potencjał inwestycyjny zależy głównie od tego, skąd figura pochodzi, jakich jest rozmiarów, jak jest opracowana i jaki jest jej wiek, co najczęściej można potwierdzić nawet gołym okiem. Na odlewach z brązu, ale również na figurach z kamienia czy nawet drewna,z upływem czasu zmienia się przede wszystkim patyna, przez reakcje z wodą, tlenem i minerałami z bezpośredniego otoczenia — a to pozwala kolekcjonerowi natychmiast odrzucić obiekty młodsze. Sztuczna patyna jest jak farba na wierzchu, natomiast stara, naturalna wytwarza się głębiej, tworząc charakterystyczne bąbelki, które da się zobaczyć i wyczuć opuszkami — dodaje dr Matthias Renz.

Nie będzie wobec tego nietaktem, jeśli w galerii zażyczymy sobie dotknąć powierzchni odlewu albo w silnym skłonie zaczniemy skrupulatnie przyglądać się kolejno dłoniom, draperiom, biżuterii i bosym stopom — nierzadko nawet takie detale pozwalają na błyskawiczne wytropienie rażąco współczesnych kopii rodem z gabinetów orientalnego masażu.

W godnych zaufania galeriach zakupowi towarzyszy ponadto certyfikat autentyczności, w którym potwierdzone jest zarówno pochodzenie, jak i wiek obiektu. Jedyne, co nie powinno budzić wątpliwości, to że autor buddyjskiej figury pozostanie anonimowy, bo wymieniane przez ekspertów inskrypcje sugerują zwykle albo przynależność do dawnych zbiorów, albo wykonanie w okresie panowania konkretnej dynastii czy życia danego lamy. Lepiej więc zaufać oszczędnym danym z dokumentacji, niż patrzeć na rzekomo kilkusetletni, prawie szczerozłoty posąg z dynastii Ping-Pong, choć spod dłoni Dalajlamy, z matą do jogi gratis. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Biurowe sposoby na nirwanę