Aleksander Paszyński: blokowiska czeka modernizacja lub zburzenie
BURZYĆ CZY MODERNIZOWAĆ: Czy i kiedy będzie nas stać na wyłożenie tak gigantycznych środków, na jakie dziś mogą zdobyć się na przykład berlińczycy — zastanawia się Aleksander Paszyński. fot. Małgorzata Pstrągowska
Co robić z budynkami mieszkalnymi z prefabrykatów wielkopłytowych? Pytanie to pojawia się w dwóch różnych kontekstach. Pierwszy ma charakter czysto techniczny — stale słychać opinie, iż domy te zaczną się walić ze względu na korozję stalowych złączy elementów, z jakich były montowane. Można oczywiście przytoczyć uspokajające opinie wysoko utytułowanych specjalistów, kwestionujących takie katastroficzne wizje. Trudniej dyskutować z tezą o negatywnych społecznych konsekwencjach zamieszkiwania w blokowiskach, często pozbawionych infrastruktury miejskiej — sklepów, przedszkoli, szkół, banków itd. Monotonia i architektoniczna szpetota otoczenia, puste i źle zagospodarowane przestrzenie, fatalna urbanistyka gigantycznych zespołów mieszkalnych, stanowią zaprzeczenie miejskich form życia. Nie ulega wątpliwości, iż sprzyja to przeróżnym patologiom społecznym, o których stale donoszą media.
TO PROBLEM nie tylko nasz — znaczy byłych krajów socjalistycznych. Technologia wielkiej płyty była i jest wykorzystywana także na Zachodzie. Tamtejsze osiedla stanowią tylko jeden z elementów pejzażu miejskiego i są oczywiście znacznie lepiej wykonane, mieszczą się w nich zaś mieszkania komunalne dla uboższych warstw społeczeństwa. W krajach socjalistycznych wielka płyta miała natomiast służyć rozwiązaniu niemal wszystkich problemów mieszkaniowych. Nawet na wsi montowano w ten sposób domy przeznaczone dla załóg PGR czy wielkich spółdzielni produkcyjnych!
OSTATNIO pojawiły się w sprawie wielkiej płyty zupełnie nowe pomysły, inspirowane głównie doniesieniami z Berlina, który we wschodniej części składał się albo z XIX-wiecznych ruder, albo właśnie z wielkopłytowych osiedli. Po usytuowaniu w Berlinie stolicy, przystąpiono do modernizacji największych z nich. Efekty są rzeczywiście imponujące. Tak dalece, iż — niezależnie od korzyści, jakie odnieśli mieszkańcy — modernizowane zespoły bloków stały się promocyjnym pokazem efektów zjednoczenia Niemiec.
BERLIŃSKI program objął w pierwszej kolejności cztery wielkopłytowe osiedla, które razem zbliżone są wielkością do warszawskiego Ursynowa. Koszt operacji oszacowano na około 1,5 mld marek, czyli sporo ponad 3 mld zł. Żeby takie pieniądze zdobyć i jednocześnie przekonać mieszkańców do partycypowania w kosztach — rząd Niemiec i władze miasta uruchomiły specjalne, nie oprocentowane linie kredytowe, przeznaczone na sfinansowanie modernizacji. Wobec tego, iż przebudowywane osiedla miały charakter albo zespołów spółdzielczych, albo miejskich (po naszemu — kwaterunkowych), równocześnie uruchomiono proces prywatyzacji lokali oraz zachęty dla prywatnych inwestorów, skłonnych wzbogacić usługową infrastrukturę osiedli.
CÓŻ Z TEGO wynika dla nas? Można się rzecz jasna ekscytować ogromnymi oszczędnościami, jakie powinna przynieść eliminacja podstawowych wad technicznych polskich osiedli wielkopłytowych. To nie tylko straty ciepła, o których mówi się najczęściej; to także wady instalacji elektrycznych, wodnych i gazowych, których — prawdę mówiąc — już nie opłaca się remontować i trzeba by je całkowicie wymienić. Czy i kiedy będzie nas stać na wyłożenie tak gigantycznych środków, na jakie dziś mogą zdobyć się berlińczycy? Obawiam się, że nastąpi to dopiero wówczas, gdy domów z wielkiej płyty już nie będzie warto modernizować. Więc może jednak lepiej je burzyć i w ich miejsce stawiać nowe?
Aleksander Paszyński jest prezesem Korporacji Przedsiębiorstw Budowlanych Uni-Bud, byłym ministrem budownictwa