Blondynka z pianą śni o Warszawie

Zostawił krawat, założył kalosze. Zamiast Excela przerzuca słód. Dla Marcina Małeckiego Browar Maryensztadt to przedsięwzięcie, które może przynieść sowite zyski, ale też zmienić coś na kulinarnej mapie Warszawy i nie tylko.

— O, typowe rzemiosło — żartuje Marcin Małecki, wskazując na maszynę do butelkowania. Kilka butelek mocuje się na dyszach, z których leje się pieniący płyn, po czym pracownik kolejno je wyjmuje i ręcznie kapsluje. Przy każdej butelce musi załadować nowy kapsel i tak do wieczora. Ot, cały urok piwa rzemieślniczego. Także tego z Browaru Maryensztadt. W tym przypadku jednak ambicje są na tyle duże, że już wkrótce bez automatyki w kapslowaniu zapewne się nie obejdzie.

Zobacz więcej

Marcin Małecki Marek Wiśniewski

Marcin Małecki ze swoim piwnym przedsięwzięciem jest dopiero w połowie drogi. Może się wydawać, że browar z osiedlem Warszawy w nazwie, ale znajdujący się dwie godziny jazdy samochodem od stolicy, to wariactwo, ale wiele wskazuje na to, że może się udać. Browar pochłonął Małeckiego bez reszty. Główny piwowar i szef Maryensztadtu Jakub Piesio żartuje, że to jego pierwszy szef, który podjeżdżając pod firmę, wyciąga z beemki gumiaki i od progu pyta, w czym pomóc.

Przez lata Marcin Małecki nie rozstawał się z garniturem i połyskiem skórzanych półbutów. Jego firma MCS do dziś świetnie prosperuje w dziedzinie szkoleń i pozyskiwania dotacji unijnych. Tam codziennie ten sam młyn: spotkania z ludźmi z korporacji, rekrutacje, tabelki Excela. Z czasem przy wsparciu żony Marcin Małecki zainwestował w biznes, którego właściciel może się obyć bez krawata — restauracje. Kilka do dziś działa w Warszawie: Dziki Lokator w Parku Skaryszewskim i kilka przy bulwarach wiślanych (m.in. Puzzle, ZygZak, Wolne Chwile).

— Biznes restauracyjny kręcił się na tyle dobrze, że zaczęliśmy myśleć o nowych miejscach i formułach. Pojawił się pomysł na restaurację połączoną z browarem. Na Zachodzie ten zestaw funkcjonuje od dekad. W Warszawie takich punktów jest niewiele. Znaleźliśmy i wydzierżawiliśmy wyjątkowy budynek na warszawskim Mariensztacie. Tu miał się ziścić nasz plan — opowiada Marcin Małecki, który niemal od zawsze był poszukiwaczem na piwnym rynku.

Smak papierów

Nie dla przyszłego właściciela browaru były masowe „jasne pełne” z wielkich koncernów, nie zadowalały go nawet warzone z większym wyczuciem i niuansami warki, opuszczające browary regionalne. Marcin Małecki z każdej podróży wracał z nowymi niszowymi doświadczeniami i przekonaniem, że piwo daje nie mniejsze możliwości tworzenia smaków niż szlachetniejsze wino. Dlatego Maryensztadt miał być browarem na wzór najlepszych i jego ulubionych — belgijskich.

Takich, których trunków nie pija się ordynarnie z butelki lub prostego kufla. — Okazało się jednak, że to nie takie łatwe zdobyć wszystkie pozwolenia, niezbędne do uruchomienia browaru rzemieślniczego w Warszawie. Urzędnicy nie sprzyjają takim inwestycjom. I gdy zobaczyłem, że ucieka mi kolejny kwartał na biurokracji, podjąłem decyzję, żeby uruchomić browar w innym miejscu — tłumaczy Marcin Małecki. Ostatecznie więc Browar Maryensztadt znalazł siedzibę w Zwoleniu, w połowie drogi między Warszawą a Sandomierzem. W grudniu zeszłego roku odbyło się inauguracyjne warzenie.

— Przygotowywaliśmy się do niego kilka miesięcy. Niemal wprowadziłem się do Zwolenia, mieszkałem w pensjonacie nieopodal, zwerbowałem Jakuba Piesio, piwowara, pasjonata, który ze swoim talentem nadał pomysłowi realniejsze kształty — podkreśla właściciel browaru.

Espresso pod kapslem

Inwestycja w Maryensztadt pochłonęła 2 mln zł, z czego część pochodziła z funduszy unijnych. Oprócz ludzkiego talentu wartością browaru jest kilkanaście tanków i warzelnia czeskiej produkcji. Pacovské Strojírny to firma z XIX-wiecznymi korzeniami, ale piwo, jakie wychodzi z jej sprzętu w Zwoleniu, jest zdecydowanie nowszej generacji. Jakub Piesio z Marcinem Małeckim wespół w zespół wymyślają, mieszają, dodają, zmieniają i wreszcie zamykają pod kapslami. W marketach butelka Belgijskiej Blondynki (z wyróżniającą się niebanalną etykietą) kosztuje 8-9 zł.

— Stawiamy na jakość i naturalność. Ostatnio zaparzyliśmy kilkadziesiąt litrów espresso, by dodać go do warzenia napoju o tym posmaku i aromacie. Używamy także przecieranych owoców, płatków owsianych i innych dodatków smakowych. To dzięki nim powstały piwa Mi To Żyto, Wheat You leżakowane z brzoskwiniami czy Wawa Wita — wyjaśnia Marcin Małecki. Lubiany jest też Czarnolas, nawiązujący do związków Jana Kochanowskiego z mazowiecką wsią. Zarabiający już na siebie Maryensztadt nie porzuca jednak warszawskich ambicji. Tam na razie ma główny rynek zbytu i tam wciąż stoi niezagospodarowany budynek, o którego losach zdecydują urzędnicy. — Jest kilka opcji. Być może, jeśli produkcja będzie niemożliwa, obok restauracji zrobimy leżakownię dla gatunków piwa wymagających czasu — tłumaczy przedsiębiorca.

Telefon w tanku

Na razie jednak Marcin Małecki chwali sobie, że Zwoleń wyrwał go z warszawskiej gonitwy. Dzwoniący telefon zostawia w kanciapie, wzuwa kalosze i bierze się za fizyczną pracę. Nosi, sprząta, podgląda piwowara, jak trzeba to i wózkiem widłowym pojedzie. Ekipa browaru to ledwie kilka osób. — Ogólnie więcej jest czyszczenia niż warzenia — tłumaczy. Wiadomo — inwazja bakterii potrafi zepsuć cały tank napitku. Dlatego za każdym razem, gdy nienasycony fotoreporter „PB Weekendu” z ogniem w oczach kosztuje kolejny smak z kolejnego zbiornika, Marcin Małecki rytualnie spryskuje ujście kranika alkoholem. Tak dla pewności, że jego ukochanej Belgijskiej Blondynce nic nie grozi.

* Tekst powstał przy udziale pewnej ilości Wheat Me

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI*

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu