Jeszcze w ubiegłym roku polskie obligacje rządowe były niemal rozchwytywane przez zagranicznych inwestorów, a na rynek napłynęła równowartość 48 mln zł. Mimo to Bartosz Pawłowski z BNP Paribas twierdzi, że obligacje… straciły blask. Co może zaskakiwać, jako przyczynę podaje zwalniający wzrost gospodarczy w Polsce! I to pomimo faktu, że właśnie spowalniająca gospodarka umożliwiła NBP serię cięć stóp procentowych, będących paliwem dla ubiegłorocznej hossy na rynku papierów dłużnych.
- Rentowności 10 – latek sięgające 4 proc. w kraju, którego gospodarka spowalnia, to nie jest szczyt marzeń – powiedział specjalista w wywiadzie udzielonym telewizji CNBC.
Słusznie podkreślił, że kupując polskie obligacje, poświęca się możliwości zagwarantowania sobie wyższych rentowności, które można osiągnąć w innych krajach. Przemilczał jednak, że wyższym zyskom często towarzyszy wyższe ryzyko. Wśród oferujących wyższe rentowności krajów wymienił… Węgry, których dług publiczny przekracza 80 proc. PKB, a polityka gospodarcza odstrasza inwestorów. Ocena perspektyw polskiej gospodarki przez bank, który już cztery lata temu zasłynął nietrafioną prognozą otarcia się Polski o recesję, jest i tym razem wyjątkowo pesymistyczna.
- Trwające spowolnienie ma swoje źródło w słabym popycie wewnętrznym. Dlatego nawet jeżeli Niemcy nadal będą się rozwijać, a Europa znajdzie sposób na ożywienie wzrostu, nie jest takie pewne, że polska gospodarka pójdzie w ich ślady – powiedział Bartosz Pawłowski.
Jednak paradoksalnie jeżeli koniunktura nadal będzie słaba, to nie powinno to zaszkodzić, a pomóc obligacjom skarbowym. Skutkiem przedłużającego się spowolnienia byłyby dalsze cięcia stóp NBP. Doprowadziłyby one do jeszcze niższych rentowności obligacji, a w takim wypadku inwestorzy – oprócz kuponu – zgarnęliby zysk kapitałowy. Choć słaby wzrost nie powinien zaszkodzić obligacjom rządowym, to jednak pewnej logiki rzeczywiście nie można odmówić pozostałej części rozumowania specjalisty BNP Paribas.
Słaby wzrost może zaszkodzić złotemu, w którym oprocentowanie będzie coraz niższe. Dlatego Bartosz Pawłowski za bardziej atrakcyjną walutę od złotego uznał rosyjskiego rubla. W ubiegłym roku złoty umocnił się wobec waluty naszego wschodniego sąsiada o 4,7 proc. Jednak od początku tego roku stracił 1,8 proc. Gdyby iść tokiem rozumowania specjalisty, na wolniejszym wzroście ucierpieć może także atrakcyjność akcji. Jednak i ten efekt może być zniwelowany właśnie spadającym kosztem pieniądza, który – przy stałych lub nawet często spadających zyskach – pcha w górę wyceny spółek notowanych na warszawskiej giełdzie.
