Akcjonariusze Bomi powinni zainwestować w sprzęt do nurkowania — kurs prowadzącej sieć supermarketów spółki przebija ostatnio kolejne historyczne minima i wygląda na to, że do dna mu jeszcze daleko. Wczoraj spadał o ponad 25 proc. Rynkowa wartość spółki to teraz 26,5 mln zł, choć jeszcze niedawno analitycy wyceniali tylko Rabat Service, zyskowne ramię dystrybucyjne grupy, na 100 mln zł.

Pikujący kurs zanurkował w tym tygodniu jeszcze głębiej po serii komunikatów dotyczących negocjacji z bankiem Pekao. Bomi i zależny Rabat miały w nim kredyt w rachunku bieżącym na — łącznie — 68 mln zł. Termin jego dostępności udało się wydłużyć tylko do 9 lipca. Fiasko negocjacji z Pekao uruchomiło lawinę — kredyt na 15,5 mln zł przestał udostępniać BRE Bank, kurek z pieniędzmi zakręciło też PKO BP (60 mln zł w rachunku bieżącym). Okres wykorzystania kredytu w tym ostatnim banku upływa co prawda 18 listopada, ale w aneksie do umowy jest haczyk — PKO BP ma prawo zażądać spłaty w dniu, w którym handlowej spółce kredyty wypowiedzą pozostałe banki. Zgodnie z raportem rocznym spółki dostęp do kredytów — na łącznie 19 mln zł z PKO BP — mają jeszcze zależne od Bomi spółki Centrum Dystrybucji i Tolak. To zmusiło wczoraj zarząd do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości z możliwością zawarcia układu. Proponuje spłatę 100 proc. zadłużenia drobnym wierzycielom (do 15 tys. zł), a reszcie częściowe umorzenie i spłatę rozłożoną w czasie. Również banki miałyby przystąpić do układu i zgodzić się na częściowe umorzenie kredytów. Drobni akcjonariusze wymieniają się informacjami o pustkach na półkach w kolejnych sklepach sieci i problemach z przyjmowaniem płatności kartą.
— Spółka potrzebuje ponad 30 mln zł na bieżącą działalność, w tym na zaopatrzenie w towary pustoszejących sklepów. Uzyskanie kredytów w innych bankach jest, moim zdaniem, mało prawdopodobne. Grupie pozostaje sprzedaż aktywów spoza głównego biznesu, ale to, po pierwsze — proces, który może się przedłużyć, po drugie — część z nich może być zabezpieczeniem kredytów. Szansą mógłby być inwestor, ale o kogoś dostatecznie odważnego, żeby zainwestował w spółkę zadłużoną na 250 mln zł, będzie trudno — oceniał Maciej Kabat, analityk DM AmerBrokers jeszcze przed pojawieniem się komunikatu o złożeniu wniosku o upadłość. Bomi raczej nie ma co liczyć na inwestora branżowego. Konkurenci łakomie patrzą tylko na lokalizacje sklepów. W opuszczone przez Bomi miejsca wprowadzały się już m.in. Intermarche czy Biedronka.
— Nie jesteśmy zainteresowani przejmowaniem Bomi — spółka ma zbyt wysokie długi i zbyt niskie aktywa. Pojawiają się natomiast godne rozważenia propozycje przejęcia niektórych miejsc. Ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu — mówi Jerzy Mazgaj, prezes Almy.
Bomi — mimo że wiosną przeprowadziło już emisję akcji i pozyskało 10 mln zł — cierpi na głód gotówki. Do wczoraj miało dwa pomysły na pozyskanie kapitału — emisję z zachowaniem prawa poboru 30,87 mln akcji serii T lub maksymalnie 46,3 mln warrantów subskrypcyjnych. Cel — zdobyć zastrzyk 30 mln zł kapitału i zamknąć wreszcie restrukturyzację ciągnącą się od połowy 2010 r. Kontrowersje wzbudzał plan przeprowadzenia (w ramach programu motywacyjnego) emisji do 1,5 mln akcji serii S (po cenie emisyjnej 0,10 zł), skierowanej do menedżerów. Przeciw było Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (SII), które krytykowało pomysł zarządu, nazywając go „demotywującym” i proponowało własny, uzależniający emisję od zysków spółki. Nadzwyczajne walne Bomi odbędzie się w piątek.