Według analityków rynku nieruchomości, rezygnacja z okresów przejściowych na zakup gruntów pod inwestycje nie wpłynie na wzrost ich ceny. Nie należy się także spodziewać znaczącego wzrostu zapotrzebowania na takie tereny.
Polski rząd w negocjacjach z Unią Europejską znacznie złagodził swoje stanowisko w sprawie okresów przejściowych. Jednym z powodów tej zmiany była chęć ułatwienia zagranicznym podmiotom zakupu ziemi pod inwestycje. Polska zamierza zlikwidować wszelkie ograniczenia na zakup takich gruntów przez inwestorów z krajów Unii. Czy to duże ustępstwo — zdania polityków są podzielone. Za to zgodna jest opinia na ten temat przedstawicieli rynku nieruchomości.
— Praktycznie już teraz handel terenami pod inwestycje jest swobodny — twierdzi Julita Wojciechowska z warszawskiej agencji obrotu nieruchomościami AD. Drągowski.
Zapowiedź otwarcia jakiegoś rynku na ogół sprzyja działaniom spekulantów, którzy starają się jak najszybciej wykupić atrakcyjne tereny. Są one dobrą lokatą, która bardzo szybko nabiera wartości. Zmiana polskiego stanowiska negocjacyjnego na razie nie spowodowała jednak gwałtownej reakcji inwestorów. Agencje obrotu nieruchomościami na razie nie zaobserwowały wzrostu cen gruntów pod inwestycje.
— Zakup gruntów pod inwestycje trudno jest śledzić, ponieważ tego typu tereny rzadko sprzedawane są przez pośredników. Gminy, które są głównymi dysponentami tych gruntów, starają się zbyć je we własnym zakresie — tłumaczy Julita Wojciechowska.
Niektórzy analitycy rynku nieruchomości spodziewają się jednak nieznacznego wzrostu cen. Polskie stanowisko jest dodatkową zachętą dla zagranicznych przedsiębiorców do inwestowania w naszym kraju, może więc przyciągnąć niewielkie grupy chętnych do zakupów.
— Ewentualnego wzrostu popytu można się spodziewać głównie w dużych aglomeracjach, takich jak Warszawa czy Poznań — uważa Tomasz Trzósło z firmy Jones Lang LaSalle.
Małe gminy nadal będą wyczekiwać chętnych na ich tereny inwestycyjne.
Według przedstawicieli rynku nieruchomości, w Polsce występuje nadwyżka wolnych terenów pod inwestycje w stosunku do zapotrzebowania. Dlatego nasze ustępstwa w negocjacjach z Unią nie spowodują znacznego wzrostu popytu.
— Gminy czekają na każdego, kto chciałby kupić takie grunty na ich terenie. Jeżeli pojawia się atrakcyjny inwestor, to bez problemu zmienia się plany zagospodarowania i przekwalifikowuje się ziemię, aby można było na niej postawić budynki przemysłowe, biurowce czy magazyny — wyjaśnia Barbara Kowalczyk z firmy DTZ Zdelhaff Tie Leung.
Często również upraszcza się urzędowe procedury. Dotyczy to głównie gmin, w których zagraniczny inwestor jest jedyną szansą na zmniejszenie bezrobocia.
— Moim zdaniem, i tak procedury uzyskiwania tego typu gruntów nie są uciążliwe — twierdzi Barbara Kowalczyk.
Obecnie trzeba czekać na zgodę Ministerstwa Spraw Wewnętrznych około dwóch miesięcy.
— Czy to dużo czy mało, zależy od planów zainteresowanego. Oczywiście ten okres może mieć pewien wpływ na decyzje firm, które chcą zainwestować w konkretnej gminie. Zawsze to dwa miesiące niepewności, czy w ogóle będzie można rozpocząć przedsięwzięcie — mówi Tomasz Trzósło.
Zdaniem przedstawicieli rynku nieruchomości, stanowisko negocjacyjne rządu w sprawie gruntów pod inwestycje nie jest żadnym ustępstwem na rzecz Unii Europejskiej.
— Jest to po prostu usankcjonowanie istniejącej już sytuacji. To taka negocjacyjna zagrywka rządu, przychylny gest wobec potencjalnych inwestorów. To tak jakbyśmy mieli oddać coś, z czego już dawno zrezygnowaliśmy — przekonuje pragnący zachować anonimowość analityk rynku nieruchomości.