Brak podstaw fundamentalnych nie przeszkadzał hossie na GPW

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2003-08-25 00:00

Inwestorzy amerykańscy są bardzo pewni, że nic im nie grozi, a indeksy będą ciągle rosły. Jest to główne zagrożenie dla trendu wzrostowego.

Z Ameryki

Zadziwiający był brak reakcji na ataki terrorystyczne w Iraku i Izraelu. Rozumiem jeszcze Izrael — świat się przyzwyczaił i nie reaguje na to, że „mapa drogowa” wiedzie w ślepą uliczkę. Jednak nie reagując na atak na siedzibę ONZ w Iraku inwestorzy pokazali niezwykłą beztroskę, a wszystko według zasady „przecież to nie u nas”. Do czasu. Taktyka partyzantki irackiej jest oczywista. Chodzi o terroryzowanie Amerykanów i wystraszenie innych narodowości i organizacji. Żadnemu z państw arabskich nie zależy na tym, żeby USA odnosiły sukces w Iraku, bo byłoby to dla nich zagrożeniem.

Walka partyzancka jest praktycznie nie do zwalczenia. To zniechęci sensownie myślące rządy do większego angażowania się w Iraku i będzie coraz więcej kosztowało amerykańskiego podatnika. Nie jest pewne, czy rzeczywiście iracka ropa będzie płynęła szerokim strumieniem, a przecież to zyski z niej miały pomóc w odbudowie Iraku. Niektórzy analitycy twierdzą, że Irak będzie kosztował amerykańskiego podatnika 600 mld dolarów w ciągu 10 lat.

Dane makro opublikowane w minionym tygodniu były mieszane. Oczekiwano, że indeks Uniwersytetu Michigan pokaże poprawę nastroju Amerykanów, ale spadł w stosunku do lipca. Rynek nie zareagował, bo indeks był i tak 10 pkt wyższy niż w momencie zakończenia (?) wojny w Iraku. Jednak nastroje od lipca popsuły się, a szczególnie źle wyglądał subindeks obecnych warunków gospodarczych. Subindeks oczekiwań zresztą też lekko spadł. Dane z rynku pracy były zafałszowane przez „blackout”, a z poprzedniego tygodnia zweryfikowane powyżej recesyjnego poziomu 400 tys. noworejestrowanych bezrobotnych.

Jedynie indeks Fed z Filadelfii mógł ucieszyć pokazując znaczne — ale nie w ujęciu historycznym — ożywienie gospodarcze. Trzeba odnotować, że bardzo wzmocnił się dolar. To nie ucieszy eksporterów amerykańskich i będzie utrudniało wyjście ze stagnacji. Podobnie sytuacja wygląda na rynku ropy naftowej. Cena w okolicach 32 USD/b w USA nie sprzyja ożywieniu gospodarczemu. Niejasna jest sytuacja na rynku obligacji, ale sądząc po niespotykanym odpływie kapitałów z funduszy obligacji można oczekiwać zwiększenia rynkowych stóp procentowych, co znacznie wyhamuje gospodarkę. Gdzie są te przyszłe impulsy mające utrwalić ożywienie gospodarcze?

Rozpoczynający się tydzień będzie dosyć bogaty w dane makro. Zobaczymy m.in. jak wygląda sytuacja na rynku nieruchomości (sprzedaż domów na rynku pierwotnym i wtórnym). To może więcej powiedzieć o tendencjach niż dane o rozpoczętych budowach domów. MBA (Stowarzyszenie Banków Hipotecznych) z niepokojem wypowiedziało się o skutkach szybkiego wzrostu rynkowych stóp procentowych. Obecnie MBA prognozuje 52-proc. spadek aktywności na rynku kredytów hipotecznych w 2004 r. w porównaniu do roku bieżącego. W dolarach oznaczałoby to na przykład spadek refinansowania do 430 mln USD (nieco więcej niż 25 proc. refinansowania w 2003 r.). Wnioski o kredyty i ich refinansowanie w bieżącym roku przekroczą zapewne 3000 mld USD. W latach 1990 — 1997 średnia wynosiła 745 mld. Czy jest lepszy dowód, że rynek jest w końcowej fazie hossy?

Interesujące informacje podaje Lehman Brothers. Firmy zajmujące się obrotem kontraktami zwiększyły znacznie ilość otwartych kontraktów na S&P 500 obstawiając spadek (netto ponad 757 tys. kontraktów — najbardziej agresywna gra na spadek od 2002 r.). Odwrotnie sytuacja wygląda, jeśli chodzi o indywidualnych inwestorów — tutaj otwarto netto ponad 87 tys. kontraktów grając na zwyżkę (rekordowa ilość). Rzadko się jednak zdarza, żeby to drobni inwestorzy mieli rację w sporze byk — niedźwiedź.

Nieciekawie również wygląda sytuacja na indeksie VIX (indeks zmienności rynku) — pokazuje on wręcz krańcowy optymizm inwestorów. Podobne wskazania daje sondaż Investors Intelligence — na rynku jest 55,1 proc. byków i tylko 18,4 proc. niedźwiedzi. Wszystko sygnalizuje korektę, ale taka sama sytuacja była w czasie hossy z końca XX wieku, a indeksy ciągle rosły. To tylko potwierdza tezę, że znowu nadmuchiwany jest imponujący balon spekulacyjny. Końcówka tygodnia i zbliżający się „Dzień Pracy” jeszcze zmniejszą wolumen, więc nie powinno dojść do przełomu. Jednak obawiam się, że po powrocie inwestorów we wrześniu okaże się, iż w sierpniu na rynkach było tak dobrze, bo myszy harcowały, kiedy kota nie było.

Z Polski

Na GPW trwa szaleńcza hossa. Jak czytam poważnych ludzi mówiących, że fundamenty są nieważne wtedy, kiedy balon zaczyna się napełniać to czuję dreszcze. Co gorsze, jest to prawda — na tym etapie fundamenty są bez znaczenia. To fakt, że trwa ożywienie gospodarcze, ale również faktem jest, że nasze spółki są bardzo przewartościowane i ożywienie nie uzasadnia rosnących cen akcji. Obawiam się, że rozsądni inwestorzy będą mieli trudności z zarobieniem pieniędzy na tej hossie o ile nie wyłączą myślenia o fundamentach i nie zdadzą się jedynie na podążanie za trendem. To jeszcze da się zrobić. Gorzej będzie, jeśli ktoś zanadto uwierzy w to, że balon może być nadmuchiwany w nieskończoność.

Spróbujmy nie ulegać emocjom i spokojnie spójrzmy na fundamenty. Informacje docierające z Eurolandu były zróżnicowane. Bardzo zła nadeszła z Francji — PKB w drugim kwartale spadł o 0,3 proc. To otwiera drogę do recesji. Jednak ekonomiści pocieszyli się tym, że to przeszłość, a „potem będzie lepiej”. Podobnie potraktowany został spadek lipcowej produkcji przemysłowej w Eurolandzie oraz to, że zamówienia w niemieckiej branży budowlanej spadły w czerwcu o 10,8 proc. r/r. Co znacznie wzrosło? Oczywiście ten indeks, który pokazuje, jakie są oczekiwania. Tym razem chodziło o indeks instytutu ZEW. Tyle, że już nie mówi się ożywieniu w tym roku. Przesuwa się je na początek roku następnego oczekując w tym jedynie znikomej poprawy. W ten sposób datę ożywienia można przesuwać w nieskończoność i kupować pod to akcje.

Inwestorzy europejscy byli zachwyceni bardzo dużym wzmocnieniem dolara — będzie pomagało eksporterom. Wielu ekonomistów twierdzi, że dolar będzie się wzmacniał. Wychodzą z założenia, że amerykańskie ożywienie gospodarki jest silniejsze od europejskiego, a to powinno przyciągać kapitał. Jeśli patrzy się tylko na tę stronę medalu to można się z nimi zgodzić, ale jeśli weźmie się pod uwagę rosnące deficyty w USA i geopolitykę to sytuacja wcale nie wygląda tak różowo. Uważam, że euro jest w korekcie hossy i w dłuższym okresie czeka je znaczne wzmocnienie.

U nas w sierpniu po raz trzeci z rzędu (do najwyższego poziomu od sierpnia 2002) wzrósł wskaźnik koniunktury bankowej Pengab. Doskonałą informacją jest to, że produkcja przemysłowa ciągle rośnie. Ponad 10 proc. w ujęciu rok do roku to naprawdę dobry wynik pokazujący, że gospodarka daje sobie coraz lepiej radę. Co ważne, chyba już nie tylko dzięki eksportowi — kolejny raz wyraźnie wzrosła sprzedaż detaliczna. To są plusy, ale jest i minus. W tym tygodniu odbędzie się posiedzenie RPP. Wcześniej mówiło się, że Rada obniży stopy procentowe. Po tak dobrych danych makro redukcji nie będzie i nie wiadomo czy niedługo nie zacznie się odwrotny proces.

Przy okazji danych o dynamice produkcji dużo znowu powiedziano o trwającym i przyśpieszającym ożywieniu gospodarczym. Ekonomiści tym razem wreszcie się obudzili i znalazłem dużo głosów ostrożnych, przestrzegających, że ożywienie może się okazać kilkumiesięczne, a nie kilkuletnie. Poza tym jest jeszcze jedno zagrożenie. Produkcja rośnie już od wielu miesięcy, a miejsc pracy nie przybywa. Tyle tylko, że bezrobocie nie rośnie. Może się okazać, że, podobnie jak w USA, dojdzie u nas do ożywienia z bezrobociem w tle. Nie jest bowiem prawdziwe twierdzenie, że ożywienie gospodarcze i zwiększenie konsumpcji musi znacznie zwiększać ilość miejsc pracy i poprawiać sytuację całego społeczeństwa. W obecnej, coraz bardziej zderegulowanej gospodarce poprawę sytuacji odczuwa przede wszystkim wąska górna warstwa społeczeństwa. Poważne ożywienie gospodarcze musiałoby trwać latami, żeby poprawa była widoczna w całym społeczeństwie. Może się okazać, że statystyki będą pokazywały poprawę, a ludzie będą coraz bardziej zdesperowani. To wcale nie jest takie nieprawdopodobne jakby się neoliberałom wydawało. Jak powiedział w publicznym radiu profesor J. Czapiński trawestując hasło Clintona: „Gospodarka głupcze to nie wszystko!”.

Muszę wyjaśnić, że tytuł mojego piątkowego komentarza o „następnym” oporze WIG20 na 1900 pkt nie był mój. Doskonale zdaję sobie sprawę, że droga do góry najeżona jest oporami. Owszem, scenariusz, który nakreśliłem tydzień temu zaczyna się sprawdzać, a wybicie z formacji podobnej do podwójnego dna lub z trójkąta powinno dać w efekcie wzrost przynajmniej do 1900 pkt na WIG20, ale przed kontynuacją hossy należy się korekta (fala IV Elliotta), która byłaby ruchem powrotnym w kierunku 1464 pkt. Tak mówi teoria.

Praktyka oczywiście nie musi wykreować tego ruchu powrotnego. Jest jednak i inne niebezpieczeństwo. Jeśli rozpocznie się korekta o której piszę, to technicy będą zakładali, że jest to właśnie ruch powrotny dopóki indeks nie zejdzie poniżej 1464 pkt. Jeśli wybicie było tylko pułapką, a ktoś będzie kupował akcje podczas tej korekty to takie działanie może się zakończyć olbrzymimi stratami. Warto moją uwagę zapamiętać na dłużej.

Piątkowa sesja była klasycznym przykładem euforii z olbrzymim obrotem. To zazwyczaj kończy pewną fazę wzrostów. Wszystko to pachniało kluczowym dniem odwrotu, po którym nastąpi korekta, albo krótka euforia i korekta. Niepokoi mnie także to, że baza kontraktów bywała już dodatnia, oscylatory krótkoterminowe są mocno wykupione, a indeks cenowy sięga szczytów z 2000 r. Wigometr pokazuje, że gwałtownie spadła ilość niedźwiedzi. Co prawda ilość byków nie przekroczyła 50 proc., ale jest ich już więcej niż niedźwiedzi, co również zapowiada nadejście korekty. Jednak skoro weszliśmy w hiperbolę to trend nie musi się załamać.

Uważam, że korekcyjna fala IV Elliotta powinna się w tym tygodniu rozpocząć, ale w euforycznej hiperboli wypatrywanie korekty może okazać się błędem. W hossie można jedynie pisać o tym, co mówi teoria, pokornie godząc się z porażką.