Brak sprzeciwu to prawie zgoda

01-11-2016, 22:00

Klasa polityczna po obu stronach Atlantyku była tak złakniona wizerunkowego sukcesu, że odłożoną umowę CETA (Comprehensive Economic and Trade Agreement) między Unią Europejską i Kanadą podpisała w niedzielę 30 października, zaledwie dwie doby po wyrażeniu zgody przez belgijski region Walonia i rząd z Brukseli. Powodem była oczywiście nie chęć zdążenia przez stronę kanadyjską na Halloween, lecz zachowanie choćby dwumiesięcznego vacatio legis przed wejściem CETA w życie od 1 stycznia 2017 r.

Zobacz więcej

Donald Tusk Marek Wiśniewski

Wspomniany termin dotyczy tylko prostszej części handlowej. Zdecydowanie bardziej skomplikowana część inwestycyjna wejdzie w życie dopiero po zakończeniu cyklu ratyfikacji, który potrwa… kilka lat. Oprócz Parlamentu Europejskiego (PE) umowę musi ratyfikować komplet 28 państw (Zjednoczone Królestwo jeszcze zdąży), ale gdy się policzy wszystkie izby parlamentarne, to wychodzi co najmniej 38 głosowań. W Polsce obowiązuje próg 2/3 głosów zarówno w Sejmie, jak i Senacie, ale ponieważ PiS i PO są zgodne — przynajmniej teoretycznie — problemu nie będzie. Bo np. w Niemczech wygląda to inaczej — Bundestag ratyfikuje na pewno, natomiast w Bundesracie siły Zielonych i Lewicy mogą CETA zablokować. Wyrokiem na umowę mogą także stać się referenda, które dobiły pamiętną Konstytucję dla Europy z 2004 r. W Hiszpanii i Luksemburgu się udały, ale przeprowadzone w Holandii i Francji posłały traktat do kosza. Polska wtedy taktycznie odczekała i w ogóle nie musiała podejmować niewygodnej decyzji. Obecnie dla rządu PiS powtórzenie się tamtej sytuacji i obalenie CETA cudzymi rękami byłoby rozwiązaniem wymarzonym. Deklarowany przez premier Beatę Szydło brak sprzeciwu wobec umowy to prawie zgoda — ale komunikatu wprost, że rząd popiera CETA, nigdy nie usłyszeliśmy.

Po stronie kanadyjskiej widnieje pod umową podpis premiera Justina Trudeau, a po unijnej aż… trzy.

Złożyli je: Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej (RE), Jean-Claude Juncker, przewodniczący Komisji Europejskiej (KE) oraz Robert Fico, premier Słowacji, sprawującej w tym półroczu prezydencję Rady UE. Długa ławka okazała się i tak za krótka dla chętnych, którzy zgodnie z dewizą „konia kują, a żaba nogę postawia” chcieliby podpisywać, a nie tylko stanowić tło. Poza Federicą Mogherini, szefową unijnej dyplomacji, był to Martin Schulz, przewodniczący PE. Równie ambitny co autorytarny niemiecki socjalista po połówce kadencji przekaże w styczniu stery PE reprezentantowi chadecji (tak stanowi polityczna umowa) i chce przeskoczyć na 2,5 roku na fotel Donalda Tuska.

Ma jednak pecha, ponieważ podpisanie CETA, bez względu na jej finalne losy, radykalnie umocniło pozycję przewodniczącego RE. Wszak to Donald Tusk doprowadził do zgody prezydentów/premierów, a także mediował w sporze belgijsko-walońskim. Personalna rozgrywka na unijnej wierchuszce na półmetku kadencji zapowiada się bardzo ciekawie, ale jedno jest pewnikiem — dla jej wyniku żadnego znaczenia nie będzie miało zdanie obecnych władz Polski. Opinie np. Jarosława Kaczyńskiego, czy Donald Tusk zasługuje czy nie zasługuje na dalsze przewodniczenie RE, traktowane są poza krajem jako prywatne opinie bez jakiegokolwiek znaczenia politycznego czy prawnego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Brak sprzeciwu to prawie zgoda