Brexit na dziko czy… odłożony?

opublikowano: 04-02-2019, 22:00

Traktatowy termin opuszczenia Unii Europejskiej przez Zjednoczone Królestwo zbliża się wielkimi krokami.

Do północy 29/30 marca 2019 r. pozostają tylko 52 dni, ale prawnie nic nie drgnęło. Premier Theresa May wciąż szamocze się między nieugiętą Izbą Gmin a równie nieugiętą Radą Europejską. W procedurze brexitu to właśnie szczyt prezydentów/premierów decyzyjnie gra po stronie unijnej pierwsze skrzypce. Przypomnę, że 27 szefów państw i rządów na specjalnej zbiórce 25 listopada 2018 r. zaakceptowało 585-stronicową długo negocjowaną umowę rozwodową, a także 26-stronicową deklarację polityczną na temat przyszłych relacji. Od tamtego dnia jedynym konkretem w prawie międzynarodowym jest… brak ratyfikowania umowy przez parlament brytyjski. Notabene Parlament Europejski (PE) z głosowaniem również czeka, ale po stronie Brukseli/Strasburga nie będzie jakiegokolwiek problemu, zatem oddanie pierwszeństwa Londynowi jest logiczne.

Z listy wyjść awaryjnych definitywnie spadło powtórne referendum. Teoretycznie mogłoby ono mieć inne pytanie niż tamto z 23 czerwca 2016 r.: „Czy Wielka Brytania powinna opuścić UE na wynegocjowanych warunkach?". Wobec tak postawionej kwestii zdecydowana większość odpowiedzi brzmiałaby „nie”, ale myślenie o powtórce to mrzonki. Dla społeczeństwa brytyjskiego najbardziej nie do przyjęcia jest kompromis dotyczący zatartej granicy między republikańską Irlandią a królewską Irlandią Północną. Aby jej nie odtwarzać, brytyjski Ulster uzyskał w umowie wentyl bezpieczeństwa. Dla rojalistów oznacza to przesunięcie granicy gospodarczej na Kanał Północny, oddzielający wyspy — Wielką Brytanię od Irlandii. W ślad za gospodarczą za ileś lat poszłaby państwowa i Belfast odpadłby od Londynu, co jest strategicznym celem Dublina. O odtworzeniu twardej granicy lądowej republika, czyli UE, nie chce słyszeć — i tak kółko się zamyka.

Szansą na wyjście z pata byłoby może odłożenie brexitu w czasie. Zgodnie z art. 50 traktatu o UE, data bezumownego rozwodu 29/30 marca 2019 r. może zostać odsunięta, jeśli „Rada Europejska w porozumieniu z danym państwem członkowskim podejmie jednomyślnie decyzję o przedłużeniu tego okresu”. Szefowie państw i rządów są już zmęczeni, ale załóżmy, że dla wyższego celu nikt przesunięcia daty by nie zawetował. Tylko po co i do kiedy? Kto wierzy w możliwość uzgodnienia poprawek w negocjowanej dwa lata umowie? Odłożenie brexitu np. o kwartał, do 30 czerwca 2019 r., nie spowodowałoby problemu dla odbywających się 23-26 maja wyborów do PE, w których Wielka Brytania już nie uczestniczy. Kadencja 2019-24 zacznie się w Strasburgu dopiero 2 lipca, czyli brexit akurat by się dopełnił. Dosłyszałem jednak z kręgów PiS pomysł jego odsunięcia aż o… trzy kwartały, do 31 grudnia 2019 r. To absurd, który spowodowałby ogromne pogmatwanie proceduralne PE, bo zapewne musieliby utrzymać przejściowo mandaty obecni brytyjscy europosłowie. Z tego niedorzecznego pomysłu przebija strach PiS przed osamotnieniem przy podziale funkcji w PE na starcie kadencji, już bez brytyjskich konserwatystów. Reasumując zatem — według stanu na 5 lutego 2019 r., najbardziej prawdopodobny prawnie pozostaje brexit 29/30 marca bez umowy. Politycznie jednak nie jest to jeszcze przesądzone na amen. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu