Bruksela słabo słyszy Katowice

opublikowano: 15-05-2012, 00:00

IV EUROPEJSKI KONGRES GOSPODARCZY

Zorganizowany w Katowicach czwarty raz Europejski Kongres Gospodarczy pod jednym względem na pewno upodobnił się już do wielkich imprez tego typu, np. szczytów w Davos.

Zgromadził u swoich wrót protestujących, nie tyle transgranicznych alterglobalistów, ile krajowych związkowców. Czystym przypadkiem kongres odbywa się tuż po burzliwym emerytalnym głosowaniu Sejmu, dlatego aktyw związkowy wykorzystał bytność prezydenta Bronisława Komorowskiego do wykrzyczenia postulatu niepodpisywania ustawy przedłużającej okres pracy do 67 lat. Czyli w tej kategorii młode Katowice przeskoczyły dojrzałą Krynicę-Zdrój, ponieważ tam przez ponad dwie dekady Forum Ekonomicznego nie zabłąkał się w celach protestacyjnych nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą.

Katowicka zbiórka jest ogromna, przewija się przez nią ponad sześć tysięcy osób, ale nazwa Europejski Kongres Gospodarczy brzmi na wyrost. Gdy zasłużony, choć już były śląski poseł obwieszcza pełen egzaltacji, że „po raz czwarty serce Europy bije w Katowicach”, to wypada mu z politowaniem podpowiedzieć „znaj proporcję, mocium panie”.

Zorganizowane pierwszy raz w roku 2009 Katowice okazały się fantastycznym chwytem promocyjnym Jerzego Buzka, wręcz trampoliną do fotela przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Ale uwzględniając realne znaczenie tego spotkania, bardziej fair byłoby tytułowanie go Śląskim lub Regionalnym Kongresem Gospodarczym.

W niczym nie umniejsza to wielkiego wysiłku organizacyjnego gospodarzy. Niestety, przekładanie się dorobku katowickich paneli dyskusyjnych na realne decyzje unijne na razie jest minimalne.

Co z tego, że pozostająca poza wspólną walutą nasza część Unii Europejskiej napisze stos recept na zaleczenie kryzysu, gdy zainfekowany Euroland w ogóle ich nie wykupi. Oto jeden przykład: wicepremier Waldemar Pawlak enty raz powtórzył na kongresie swoją ideę nowego euro, czyli powrotu do epoki ECU (European Currency Unit) z lat 1979-98, gdy istniały waluty narodowe, a jedynie na poziomie wspólnotowym funkcjonowała jednostka rozliczeniowa.

Notabene w koszyku walutowym ECU aż 1/3 stanowiła marka niemiecka, a nędzna drachma zaledwie jakieś tam ułamki procenta. To miłe wspomnienia, ale zarazem czysto abstrakcyjne dywagacje.

Lejtmotywem tegorocznego kongresu Jerzy Buzek mianował walkę o unijną prognozę finansową na lata 2014-20. Tysiące wzniosłych słów uzasadnią w Katowicach, że wieloletni budżet powinien sięgać poziomu nie zaledwie 1 proc. zbiorczego unijnego PKB, lecz na przykład 1,2 proc. Jest z tym tylko jeden problem.

Niechętna, a potężna koalicja płatników netto zyskała sojuszników w grupie państw unijnego Południa, które w czasach kryzysu nie mają pieniędzy na krajowe uzupełnienie dotacji z Brukseli. Wychodzi zatem na to, że jak największym budżetem zainteresowany jest tylko nasz osamotniony region, który wszedł do UE osiem lat temu.

Gdyby katowickie debaty wpłynęły na przełamanie postawy twardego unijnego jądra, nazwa Europejski Kongres Gospodarczy powinna zostać wytapetowana złotymi literami. Niestety, takie koszty organizatorom nie grożą…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu