Już niedługo polscy hydraulicy, spawacze i opiekunki mogą zacząć tłumnie powracać z zarobkowej emigracji. Powód? Dyrektywa unijna dotycząca wysyłania pracowników do pracy za granicą, nad którą pracuje obecnie Parlament Europejski. Jeśli brukselscy urzędnicy, a później kraje członkowskie zgodzą się na wprowadzenie niektórych restrykcyjnych (i co za tym idzie kontrowersyjnych) zapisów, polscy przedsiębiorcy mogą stracić nie tylko rynki zagraniczne, ale również płynność.
— W ciągu dwóch lat od wejścia unijnego prawa blisko 15 tys. polskich firm upadnie, a wpływy ze składek ZUS zmaleją o 2 mld zł — obliczył Instytut Zatrudnienia Transgranicznego.
Zabójcze koszty
Najbardziej ucierpią małe i średnie firmy — w tej grupie zbankrutuje najwięcej, bo około 13,5 tys. podmiotów. Powód? Proponowane zapisy narzucają wiele kosztownych wymagań.
— To dodatkowe tłumaczenia, obowiązek posiadania przedstawiciela w każdym kraju i przechowywania na jego terenie dokumentów firmy — wymienia Celina Adamek z Fundacji Gospodarki i Administracji Publicznej. Zdaniem Stefana Schwarza, przedstawiciela Agencji Zatrudnienia Aterima, delegującej pracowników do Niemiec i Francji, najmniejsi przedsiębiorcy mogą nie podołać takim wymaganiom.
— Wyobraźmy sobie przedsiębiorcę zatrudniającego 10 spawaczy aluminium, których wysyła na szybkie zlecenia do pięciu krajów UE. Po wejściu proponowanych zapisów będzie musiał np. przetłumaczyć umowy na pięć różnych języków, w każdym kraju zatrudnić przedstawiciela i wynająć miejsce, gdzie będzie przechowywał dokumenty. Takie koszty będą dla niego i dla większości polskich firm zabójcze — uważa Stefan Schwarz.
Jak wylać dziecko z kąpielą
Rafał Rzeźniczak, prezes Promediki24, wysyłającej opiekunki do pracy za Odrę, zwraca uwagę, że przesłanki wprowadzenia dyrektywy były zupełnie inne. Poprawki miały zabezpieczyć prawa delegowanych pracowników, a nie zabierać im pracę.
— To wylanie dziecka z kąpielą. W ten sposób zmniejszy się konkurencyjność polskich przedsiębiorców i de facto uniemożliwi im świadczenie usług w innych krajach. Cały rynek opiekuńczy, dodam więcej, cały rynek eksportu usług może zniknąć — uważa Rafał Rzeźniczak.
Z taką oceną skutków regulacji zgadza się Marek Benio z Katedry Gospodarki i Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.
— Poprzez wprowadzenie drakońskich kar i kosztownych obciążeń próbuje się zmarginalizować delegowanie, wykluczając tym samym polskie firmy usługowe z unijnego rynku — uważa Marek Benio.
Jak informowała już wcześniej Danuta Jazłowiecka, europosłanka z ramienia PO, za najbardziej restrykcyjnymi zapisami lobbują kraje, gdzie najczęściej wysyła się pracowników, czyli Niemcy, Holandia, Dania, Belgia, Włochy i Francja. Zdaniem części ekspertów, za rygorystycznym podejściem stoi m.in. kryzys. Poszczególne kraje zaczynają bronić rodzime rynki pracy przed napływem tańszej siły roboczej z Europy Środkowej i Wschodniej. Wśród argumentówpojawia się też konieczność uporządkowania unijnego rynku pracy.
Majowe głosowanie
Zdaniem Stefana Schwarza, UE patrzy nie tam, gdzie powinna.
— Narzuca dodatkowe wymagania tej części, która działa legalnie, zamiast skupić się na szarej strefie — uważa Stefan Schwarz. Sprawa dyrektywy budzi w Brukseli wiele emocji i kolejne głosowania są przesuwane. Najbliższe w komisji zatrudnienia, kluczowe w tej sprawie, odbędzie się 30 maja. Później dyrektywa trafi do Parlamentu Europejskiego i na koniec do Rady Europy.
193 mld zł Tyle co roku wydaje się w Niemczech na usługi opiekuńcze…
98 mld zł …a tyle w Wielkiej Brytanii.