Brzytwa Rzeczpospolitej Warszawskiej

Wojciech Surmacz
03-11-2006, 00:00

Można stworzyć enklawę spokoju w świecie obelg, ignorancji, chamów i warchołów? Marek Borowski twierdzi, że tak. I wypowiada wojnę politycznej hucpie w stolicy. Ostry jest.

„Puls Biznesu”: Może na początek jakiś dowcip wyborczy?

Marek Borowski: Proszę bardzo. U nas — jak wiadomo — obowiązuje ordynacja proporcjonalna. Można wejść do Sejmu, zyskując niewielką liczbę głosów. Otóż jeden z posłów zorganizował spotkanie powyborcze. Przyszło trochę ludzi. Poseł najpierw wygłosił spicz, potem poprosił o pytania. Wstała pewna pani i rzekła: Panie pośle. Nie jestem zadowolona z tego, co tu usłyszałam, a przecież głosowałam na pana. Na co poseł: Ach, więc to pani.

Niezły. Ale miałem nadzieję na inny. Myślałem, że pan się wpisze w festiwal obietnic: mosty, obwodnice, metro, stadiony, miliardy euro.

Takie dowcipy opowiadają moi kontrkandydaci. Nie lubię plagiatów.

Wertując pańskie wyborcze teksty, zapamiętałem trzy hasła: Ubekistan, Rzeczpospolita Warszawska i Wspólna Polska.

Ubekistan? To chyba nie u mnie.

Użył pan tego terminu u Karnowskiego w Trójce.

Po prostu powiedziałem, że Polska to nie Ubekistan. Rzeczpospolita Warszawska to mój pomysł na zarządzanie stolicą, a Wspólna Polska to polityczna koncepcja zbudowania trzeciej siły politycznej — centrolewicy.

A Ubekistan w odniesieniu do tzw. układu warszawskiego? Lech Kaczyński to rozbił. Kazimierz Marcinkiewicz ostrzega, że jeśli nie wygra, układ może wrócić. Co pan na to?

Nie wyróżniałbym specjalnie Warszawy. Generalnie mankamentem minionych 17 lat było poluzowanie norm etycznych w polityce. Wszystko jedno, czy to szczebel krajowy czy samorządowy. Żadna partia się tym nie przejmowała. Powszechnie praktykowano kolesiostwo, nepotyzm, załatwianie. To wszystko rodziło korupcję. Warszawa też nie była od tego wolna. Dzisiaj ekipa rządząca — PiS zwłaszcza — stawia się w roli jedynego sprawiedliwego i powiada: My to zwalczymy. Tyle że po trzech latach rządów w stolicy i roku w kraju, właściwie nic z tego nie wynika. Lech Kaczyński, jako prezydent Warszawy, skierował około 200 zawiadomień do prokuratury. Uprzejmie zapytowuję — jak się mawia w kabaretach — które z tych spraw się zakończyły konkretem? Szmat czasu minął, sądy już wyroki powinny wydać.

Kazimierz Marcinkiewicz powiedział, że wszystkiego pilnuje.

Lubię się śmiać, naprawdę. Komisarz Marcinkiewicz rozśmiesza mnie oświadczeniami i taką napuszonością różnych swoich sformułowań. Między innymi i tym. Nie wiem, czego pilnuje, nic nie zrobił w tej sprawie i nic nie zrobi. Mało tego. Ja nie potrafię powiedzieć, kto był w tym układzie, a kto nie. Prokurator też nie. Więc to, o czym powiem, biorę w nawias. Zakładam, że Warszawa nie była wolna od nadużyć, byli jacyś ludzie, którzy zachowywali się co najmniej nieetycznie. I teraz tak: PiS żądał od PO, żeby pozbyła się tych ludzi. To Platforma się pozbyła. Te osoby były radnymi warszawskimi. Po tym wydarzeniu PO przestało istnieć w radzie stolicy. I cóż się dalej stało? Otóż prezydent Lech Kaczyński i PiS weszli z nimi w koalicję i razem z LPR zbudowali większość w radzie. To kompletnie kompromituje ideę walki z układem w wykonaniu PiS. W PRL-u popularna była taka zagadka: Czym się różni klika od kolektywu? Odpowiedź brzmiała: Kolektyw to my, a klika to oni. Tak zachowuje się PiS — my jesteśmy nieustraszonymi pogromcami układu, a układ to oni. I tyle. A że PiS też jest układem? O tym się nie mówi.

„Po rządach SLD w Warszawie, tak jak i paru innych partii, zostały tak zagmatwane sprawy, tak wiele szkód i krzywd zostało wyrządzonych, że nie wyobrażam sobie tutaj dużego poparcia dla tej opcji politycznej” — to cytat z Marcinkiewicza.

Oczywiście najłatwiej byłoby mi teraz powiedzieć: miałem odwagę wystąpić z SLD. Jestem wiarygodny. I odbijać się od tego SLD, jak od trampoliny. Ale to byłoby nie fair wobec popierających mnie partii. W tym wobec SLD, które musiało zjeść własny ogon, żeby mnie poprzeć. Dostrzegam w SLD zmiany, przede wszystkim kadrowe — dominują młodzi, bez obciążeń. Stara gwardia została przesunięta na dalszy plan. Teraz, jeśli chodzi o te krzywdy: SLD było w Warszawie zawsze tzw. junior partnerem. Sojusz nigdy nie miał prezydenta i większości w radzie miasta. Owszem, bywali wiceprezydenci. Był na przykład Ryszard Mikliński. Zajmował się kulturą — całkiem dobrze, bez uwag. Z SLD wywodzi się też np. pan Leyk, który jest dzisiaj szefem metra warszawskiego. Utrzymał go Lech Kaczyński i dziękować Bogu, bo jest świetnym fachowcem. Utrzymuje go komisarz Marcinkiewicz, radzi się i pyta o wszystko. Tak mógłbym wymieniać długo, nie chowając pod dywan braku etyki i kolesiowskich praktyk, które stosowano również za rządów Lecha Kaczyńskiego. Pan prezydent nasprowadzał tutaj kolegów partyjnych ze Szczecina, Suwałk... Coś niebywałego! Gwarantuję, że to się nie powtórzy. Postawiłem na szali swoją karierę polityczną. Właśnie z tego powodu. A pan Marcinkiewicz nie. On wykonywał posłusznie rozkazy Jarosława Kaczyńskiego. Kazał mu zatrudnić Giertycha i Leppera, to zatrudnił — mimo że nos zatykał. Więc ja bym proponował, żeby nie straszyć warszawiaków. Dobrze? I opierać się na konkretach. Pan Marcinkiewicz nie ma argumentów i nie przytacza ich, bo nie może. Mój życiorys polityczny mówi sam za siebie.

Nie boi się pan traumy Cimoszewicza?

Polityka to zajęcie saperskie i wymaga twardej skóry. Mnie już o różne rzeczy oskarżano. Dziwna cisza panuje w sprawie Banku Śląskiego. Nie wiem, dlaczego? Może dlatego, że jestem trzeci w sondażach? Jak bym był drugi, to pewnie Jacek Kurski by się odezwał. Ale oczywiście nie boję się, bo Bank Śląski nie był żadną aferą. Młodszym czytelnikom „PB” przypomnę, że w swoim czasie działał taki właściwie protoplasta Kurskiego. Nazywał się Bogdan Pęk, poseł PSL, obecnie europoseł. Bez żenady, publicznie zarzucał przestępstwa ludziom, którzy mu się nagle przestali podobać. Mnie zarzucił, że przy okazji prywatyzacji Banku Śląskiego nakradłem jakichś akcji. Oczywiście nieprawda, ale gdzieś w świadomości społecznej funkcjonuje i może zostać użyta. Faktycznie trudno coś na mnie znaleźć. Jestem przygotowany i na pewno do puszczy nie wyjadę. I od razu uprzedzam: odwinąć też się potrafię, chociaż pierwszy nigdy nie zaczynam.

Strasznie się panu język wyostrzył. A jeszcze niedawno taki był pan grzeczny, umiarkowany i zdystansowany.

Bo czasy takie. Niech pan zobaczy, kto nami rządzi. Rok temu była inna sytuacja — więcej się mówiło o współpracy. Jestem człowiekiem kompromisu, już to udowodniłem nieraz. Ale w polityce, jeżeli jesteś tylko człowiekiem kompromisu, to cię zniszczą. Muszę się ostro przeciwstawiać hucpie i bezczelności. Taka postawa powoduje wyostrzenie języka — to prawda. I wcale się z tego nie cieszę.

Rzeczpospolita Warszawska. Brzmi trochę jak IV RP.

Znowu odwołam się do kabaretowego skeczu: dobrze pan sobie kombinujesz. Jestem przywiązany do III RP. Brałem udział w jej tworzeniu od 1990 roku. To wielki wspólny sukces wszystkich Polaków — i z lewej, i z prawej. Nie podważą tego układy, błędy, korupcja itd. Te naleciałości oczywiście trzeba zlikwidować. Ale nie na zasadzie zabijania łopatą szerszenia, który łazi po szybie. PiS chce łopatą — IV RP. Zgroza. Niszczenie instytucji demokratycznych: Trybunału Konstytucyjnego, niezawisłych sądów, niezależnych prokuratur, wolnych mediów. Jednocześnie nimb moralności, który to wszystko miał otaczać, legł w gruzach pokoju hotelowego posłanki Renaty Beger. IV RP jeszcze się nie urodziła, a już zeszła. Niemniej wciąż figuruje w przemówieniach partyjnych PiS. Otóż ja nie chcę takiej nowej Rzeczypospolitej. Nie tylko ja, ale także miliony Polaków. I teraz rodzi się pytanie: czy można stworzyć enklawę w tym morzu obelg, niekompetencji, ignorancji, chamów i warchołów? Uważam, że można. Rzeczpospolita Warszawska to moja odpowiedź na IV RP.

Jak to ma niby wyglądać?

Nie niby, tylko naprawdę. Koncepcja oparta na trzech filarach. Po pierwsze: przejrzysta Warszawa — czyli metodyczna walka z korupcją, oparta przede wszystkim na absolutnej przejrzystości wszystkich decyzji. Na przykład przetargi internetowe. Po drugie: na kompetentnych urzędnikach, wyłanianych w konkursach. Czyli zero TKM. Po trzecie: oddam Warszawę warszawiakom. Trzeba pobudzić do życia społeczeństwo obywatelskie, wyzwolić energię wszystkich, którzy już sami się organizują w stowarzyszenia, fundacje itp. Krótko mówiąc: przejrzystość, uczciwość i kult kompetencji. Udowodnię warszawiakom, że są potrzebni władzy, a nie na odwrót. I to może być taka enklawa, która udowodni innym, że to jest możliwe.

Z pańskiego programu wyborczego, rozdział „Warszawski biznes” — podsumowanie: „będę rozmawiał z przedsiębiorcami, kupcami i dostawcami usług, a nie ignorował ich stanowiska”. Są ignorowani?

Jak są wybory, to się z nimi rozmawia. Przecież Lech Kaczyński nawet ich przyjmować nie chciał. W ogóle uważał, że rozmowa z biznesmenem to zaproszenie do korupcji. Chore. W swojej karierze nie bałem się spotykać z nikim. Oczywiście próbowano mi przypiąć różne łatki, że się spotkałem z jakimś człowiekiem, który następnie okazał się zamieszany w jakąś aferę itp. Wtedy mówiłem: trudno. Nie będę z tego powodu każdego prześwietlał i nagrywał. Jako polityk mam obowiązek spotykać się z różnymi ludźmi, ale robię to jawnie i odpowiadam za słowa. Ważne, czy potem stosuję specjalne taryfy dla kogoś, czy stosuję zasady, które publicznie ogłaszam. Od lat mam dobre stosunki z przedsiębiorcami. Oni chyba zawsze patrzyli na mnie, jak na cielę z dwoma głowami.

To znaczy?

Nie wiedzieli do końca, jak człowiek lewicy może kooperować z przedsiębiorcami. Z drugiej strony — wiedzieli, że znam ich problemy.

Myślałem, że dwugłowe ciele, bo i człowiek lewicy, i uczciwy.

Nazbyt złośliwe. Chodziło o to, że jak byłem ministrem finansów, wprowadziłem trzy mechanizmy, które przedsiębiorców bardzo ucieszyły: ryczałt ewidencjonowany — do dzisiaj istnieje, ulgi inwestycyjne — niepotrzebnie potem zlikwidowane, i fundusz poręczeniowo-gwarancyjny dla małych i średnich przedsiębiorstw — niezwykle potrzebny, niestety wciąż źle skonstruowany.

Pan dotrzymuje obietnic?

Tak jest. To przecież moje hasło wyborcze.

Konkretnie: jakich obietnic pan dotrzymał?

Zacznę od ministra finansów. W programie ekonomicznym SLD było jak wół napisane: ułatwimy życie drobnym przedsiębiorcom. Nie byłem długo tym ministrem — sto dni, ale wystarczyło. Zrobiłem to. Powiedziałem, że podniesiemy najniższe emerytury? Podniosłem. Gdy zostawałem szefem Urzędu Rady Ministrów, obiecałem likwidację tego molocha. Po roku przesłałem do Sejmu ustawę likwidującą URM i powołującą do życia Kancelarię Premiera. Gdy zostałem marszałkiem Sejmu, też podjąłem kilka zobowiązań. Po pierwsze: przeprowadzenie wszystkich ustaw europejskich w terminie. Po drugie: profesjonalna informatyzacja Sejmu. Po trzecie: wprowadzenie europejskich procedur przy przygotowywaniu ustaw. Wszystko wykonałem. Można sprawdzić.

A propos haseł wyborczych — ma pan chyba najlepszą kampanię w stolicy.

Miło słyszeć.

I świetny serwis internetowy. Wynajął pan jakąś agencję reklamową?

Zgłosili się do mnie ludzie, którzy na co dzień zajmują się tym profesjonalnie i mają swoje agencje. Powiedzieli, że chcą to dla mnie robić, bo mnie lubią. I tyle.

Tak za dobre słowo?

Koszty minimalne — tak bym to określił. Nie wchodzę w szczegóły rozliczeń. To robią po prostu ludzie zaangażowani. Chyba się rozumiemy. Aczkolwiek nie jestem dla nich dobrym partnerem.

W jakim sensie?

W takim, że się czepiam.

Czego?

Wszystkiego, co mi pokażą.

Ponoć mówią o panu „nadmiernie skrupulatny”.

Z jednej strony to zaleta. Wyborca może być pewien, że nie lekceważę żadnych spraw. Interesują mnie szczegóły, a jak mówią: diabeł tkwi w szczegółach. Z drugiej strony — to wada, bo człowiek nie ma aż tyle czasu, żeby się wszystkim zajmować. Ale na to jest sposób — trzeba godzinę wcześniej wstawać.

Tak szczerze — na co pan liczy w tych wyborach?

Na wygraną.

Poważnie?

Tak, proszę pana. To całkowicie możliwe.

W pierwszej turze?

Nie. W pierwszej nikt nie wygra. Ostatnie dni kampanii będą bardzo intensywne. Dużo zależy od mobilizacji mojego elektoratu. Na pewno pójdą do urn i zagłosują na mnie ci, którzy w sondażach gazetowych dają mi 16-18 proc. Żebym wygrał, muszą jeszcze pójść ci, którzy uważają: Borowski byłby najlepszy, ale i tak nie wygra. Im się z natury nie chce. Muszę ich pobudzić.

I co pan pocznie, jak pan wygra wybory? Bo, że się pan wyśpi, jak przegra, to już powszechnie wiadomo.

Zażartowałem w jednym z wywiadów, a potem poczytałem sobie komentarze internautów typu: „Idź już spać teraz”. Odwołuję to. A tak poważnie, naprawdę pomyślę o tym, co zrobię, jak wygram. Pierwsza rzecz — na pewno wdrożenie mechanizmów składających się na Rzeczpospolitą Warszawską. Dla mnie zasadnicza sprawa to natychmiastowe uwiarygodnienie tezy, że kluczem do rozwiązania warszawskich problemów nie jest wymienianie kolejnych inwestycji, zwłaszcza że można popaść w przesadę, tylko zmiana sposobu zarządzania stolicą. Co potrzebne jest Warszawie, wszyscy wiedzą — ja, Kazimierz Marcinkiewicz i Hanna Gronkiewicz-Waltz. Co najwyżej możemy się różnić w hierarchii potrzeb. Ale pewnie w pierwszych dziesięciu zadaniach, dziewięć będzie miało taką samą kolejność. Nie ma co się przekrzykiwać. Pytanie, jak to zrealizować? Jak zdobyć pieniądze i je wykorzystać?

No właśnie. Kiedyś pan opracował wzór na jakość tworzonego prawa. Może pan wymyśli wzór na jakość stolicy?

Fajny pomysł. Ale wzorów problematycznych z rękawa się nie wytrzepuje. Na pewno trzeba się opierać na koncepcji Rzeczpospolitej Warszawskiej. Wszystko musi być przemyślane.

To może przy autoryzacji pan poda ten wzór?

Spróbuję.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Brzytwa Rzeczpospolitej Warszawskiej