Budujemy motoryzacyjny skansen

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2023-08-16 06:30
zaktualizowano: 2023-08-11 15:40

Zakończenie sprzedaży aut spalinowych w Unii Europejskiej wpłynie na absurdalny wzrost cen. Zarówno na zwykłym rynku wtórnym, jak i kolekcjonerskim – mówi Piotr Życzyński, współwłaściciel magazynu „Classicauto” i założyciel House of Classics.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

„Puls Biznesu”: Informacja, że w 2035 r. nastąpi koniec sprzedaży nowych samochodów spalinowych w Europie, nie jest najświeższa. Da się na niej jeszcze zarobić?

Piotr Życzyński: Oczywiście każda zmiana na rynku jest olbrzymią szansą. W przypadku samochodów spalinowych nie jest inaczej. Wycofanie ich ze sprzedaży można wykorzystać. Jak? Według moich analiz warto skupić się na samochodach, które w 2035 r. będą miały co najmniej 30 lat. Przepisy unijne pozwalają uznać taki pojazd za kolekcjonerski. Z jednej strony jest zatem furtka, żebyśmy mogli wjeżdżać takim autem np. do stref czystego transportu, jeśli oczywiście przepisy się nie zmienią, a z drugiej – szansa na zarobek.

Co kupić, żeby zarobić?

Dobry pomysł to samochody z 2005 r. Uważam, że na rynku samochodów klasycznych będą w 2035 r. crème de la crème, jeżeli chodzi o fajną inwestycję. Innym rozsądnym pomysłem jest kupienie dziś oferowanych jeszcze samochodów z V8 czy V12 pod maską. Mam na myśli nowe auta. Kupić, przykryć kocem i czekać. Jeśli po 2035 r. ktoś wystawi na sprzedaż takie auto z minimalnym przebiegiem, może liczyć na solidny zwrot z inwestycji.

Jak pan, wielbiciel klasycznej motoryzacji, podchodzi do przepisów wykluczających z europejskiego rynku samochody spalinowe?

Kiedy usłyszałem, że Unia zdecydowała się na ten krok, podszedłem do tego trochę z niedowierzaniem. Potem usłyszałem wypowiedź szefa jednego z koncernów motoryzacyjnych, który stwierdził, że Unia Europejska stanie się skansenem motoryzacji. I w pełni się z nią zgadzam. Stanie się taką Kubą. Musimy pamiętać o tym, że na Kubie samochody zabytkowe – jeszcze z lat 50. ubiegłego wieku – są bardzo zniszczone, bo jest utrudniony dostęp do części zamiennych. W Unii może nie będziemy mieli żadnych ograniczeń w tej kwestii, natomiast ceny aut spalinowych ostro poszybują w górę, bo nie spodziewam się, że popyt na nie magicznie osłabnie. Samochody na Kubie są strasznie drogie, w związku z tym jeżeli faktycznie zablokuje się możliwość kupowania nowych samochodów spalinowych, a nadal będzie na nie popyt, może dojść do absurdalnych podwyżek. Zarówno na rynku wtórnym, jak i kolekcjonerskim.

U podstaw decyzji UE leży jednak dobro planety.

To prawda. Ale ja jestem przeciwnikiem globalnej elektromobilności. Uważam, że recykling samochodów powinien polegać na tym, że eksploatujemy je do końca. Bo proces ich złomowania jest szkodliwy. Na środowisko wpływają też akumulatory w elektrykach i ciężar samochodów na prąd – ważą dwa razy tyle co spalinowe, a to się przekłada na pył z klocków hamulcowych i zużycie gumy opon. Moim zdaniem przejście na elektromobilność jest punktowym leczeniem problemu, który można by było sprowadzić po prostu do elektromobilności w miastach, gdzie faktycznie chodzi o czystość powietrza. Natomiast nie rozwiązujemy problemu naszej planety.

W historii motoryzacji mieliśmy już podobne rewolucje, może nie tak dynamiczne. Na przykład przejście z pary na benzynę.

To prawda, zmiana była radykalna. Natomiast nie była podyktowana przepisami, tylko rozwojem technologii – czymś naturalnym. Problemy z elektryfikacją samochodów też są znane od 120 lat. Zawsze była to masa, niewielka pojemność baterii, długi czas ładowania. I nadal nie mamy tego problemu do końca rozwiązanego. Być może zaostrzające się normy emisji to zmienią. Ale doprawdy nie wiem, czy doświadczamy obecnie zjawiska porównywalnego z przejściem z pary na silniki spalinowe, czy jednak idziemy w jakiś ślepy zaułek.

Czy w pana ocenie zmiany na europejskim rynku motoryzacyjnym, których zwieńczeniem będzie zakończenie sprzedaży samochodów spalinowych, mogą zagrozić rynkowi klasyków?

Absolutnie nie widzę żadnego zagrożenia. Jedyne, co może wpłynąć na rynek klasyków, to zmiany kulturowe – mówiąc krótko, czy nasze dzieci będą jeszcze chciały bawić się w auta klasyczne. Rynek klasyków też się zmienia. Przykładem mogą być samochody przedwojenne, na które jest coraz mniej klientów. Przybywa natomiast zainteresowanych autami z lat 80. i 90. ubiegłego stulecia – teraz to absolutny top inwestycyjny.

Idąc tym tropem, za kilkadziesiąt lat również elektryki mogą się stać klasykami, np. pierwsze elektryczne Audi czy Porsche.

W klasycznych autach ważne są trzy rzeczy: unikatowość, unikatowość i unikatowość. To buduje cenę. Żeby odpowiedzieć na pytanie, czy dzisiejsze auta elektryczne staną się klasykami, trzeba znaleźć w nich coś fajnego, unikatowego. Na rynku są już dziś Toyoty Prius z pierwszych lat produkcji, a więc ponad 30-letnie. Tylko pytanie, czy ktokolwiek chciałbym mieć takiego Priusa w swoim garażu kolekcjonera. Ja bym nie chciał. No bo po co? Jest bezbarwny, mało fascynujący. Moim zdaniem nie warto się przejmować 2035 r. w kontekście inwestowania w samochody zabytkowe. To jest dodatkowa szansa na to, żeby jeszcze podkręcić ich wartość. A tym, którzy jeszcze nie mają własnych kolekcji, proponuję inwestycje w samochody z przełomu XX i XXI wieku.

Dziękuję za rozmowę

Szukaj Pulsu Biznesu do słuchania w Spotify, Apple Podcasts, Podcast Addict lub w Twojej ulubionej aplikacji.

tym razem: „Motoryzacja po 2035 r.”

goście: Maciej Mazur i Aleksander Rajch – PSPA, Jakub Faryś – PZPM, Tomasz Bęben – SDCM, Piotr Życzyński – Classic Auto.