Budżet niby jest, ale... to przecież nieważne

Kazimierz Krupa
22-12-2004, 00:00

Jeżeli minister Mirosław Gronicki, miłościwie — a czasami niemiłosiernie — panujący nad naszymi finansami, konstruując przyszłoroczny budżet, zbyt wiele rzeczy pozmiatał pod dywan, to mamy dla niego niedobrą wiadomość: sam to będzie sprzątał. A to z tej prostej przyczyny, iż wszystkie znaki na ziemi i niebie zdają się wskazywać, że będzie też przygotowywał budżet na rok 2006. Przecież wybory odbędą się 26 września, po wyborach rząd będzie żył jeszcze ze trzy-cztery tygodnie (a jak zwycięzcy będą się kłócić, co jest wielce prawdopodobne — to jeszcze dłużej), a projekt budżetu trzeba przecież złożyć do 30 września. Ale na autopoprawki już i tak za późno. Z pomocą posłów, po raz drugi w najnowszej historii nowożytnej, będziemy mieli budżet uchwalony jeszcze w starym roku.

Może i byłby to powód do dumy i chwały, gdyby... Nie mam już najmniejszego zamiaru znęcać się nad konstruktorami budżetu z jednej prostej przyczyny. Ten dokument nie ma praktycznie żadnego znaczenia. No, może poza jednym: musi zostać uchwalony, by nie dać prezydentowi okazji do rozpędzenia lokatorów zajmujących fotele na Wiejskiej w Warszawie. To, z pewnością, jest poważny powód. Ale tylko dla tego towarzystwa.

W tej sytuacji nie ma większego znaczenia fakt, że budżet — niejako tradycyjnie — konstruowany był „od tyłu”, czyli najpierw określono potrzeby, a dopiero później szukano sposobów ich sfinansowania. Nie ma też większego znaczenia, że posłowie, mimo ustawowego zakazu zwiększania wydatków, dosyć dowolnie poczynali sobie z poszczególnymi zapisami, niejako tradycyjnie wirtualnie zwiększając dochody — oczywiście po to, by zwiększyć wydatki. Nie ma wreszcie znaczenia, że budżet się nie domyka w bardzo wielu miejscach.

Ustawa budżetowa jest wręcz wzorcowym potwierdzeniem kopernikańskiej teorii o tym, iż gorszy pieniądz wypiera lepszy. Przepisy o tworzeniu budżetu, cały sztuczny patos temu towarzyszący, straciły na aktualności tak, że teraz są już tylko śmieszne. Najzabawniejszy przy tym jest fakt, iż wszyscy to widzą, ba —mówią o tym w prywatnych rozmowach, ale oficjalnie: powaga, ą, ę, bułkę przez bibułkę i opowiadają dyrdymały o tym, jaką to wspaniałą robotę wykonali. Panowie. Może wreszcie należy naprawdę powiedzieć jasno: król jest nagi. Czasy takiego „budżetowania” należy uznać za słusznie minione. Zamiast udawać, że wszystko jest OK, może lepiej wypracować przystające do czasów i rzeczywistości metody tworzenia tej najważniejszej ustawy. Panie ministrze, ma Pan jeszcze prawie rok.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kazimierz Krupa

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Budżet niby jest, ale... to przecież nieważne