Burza o tantiemy i chmura oskarżeń

Karol JedlińskiKarol Jedliński
opublikowano: 2015-03-20 00:00

Kilka organizacji walczy o przywilej inkasowania tantiem. Firmy fonograficzne lansują swojego faworyta. Minister kultury? Analizuje

„Chciałbym cię mydlić mydełkiem Fa. Byłoby fajnie, szabadabada” — wyśpiewywał przed laty duet Marek Kondrat/ Marlena Drozdowska, zarabiając krocie z tantiem. Teraz mąż blondwokalistki, Andrzej Drozdowski, bierze udział w ostrej walce o wpływy na rynku muzycznym. Jako przewodniczący zarządu Związku Artystów Wykonawców Stoart za przeciwnika ma Związek Producentów Audio-Video (ZPAV), tworzony przez przedstawicieli przemysłu muzycznego. Stawką jest bezpośrednia kontrola nad inkasowaniem należnych opłat od sklepikarzy, właścicieli klubów czy fryzjerów. Rocznie to co najmniej kilkadziesiąt milionów złotych. Żadna z rywalizujących ze sobą organizacji zbiorowego zarządzania (OZZ) nie mydli oczu, że bez tych pieniędzy „byłoby fajnie”.

Grzegorz Kawecki

ZAiKS i kto?

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego od lat z mozołem porządkuje rynek OZZ. Jednym z najnowszych pomysłów, obok ujednoliconych tabel opłat, jest też zmniejszenie liczby organizacji mających prawo do tzw. inkasa, czyli zbierania opłat od instytucji, w których publicznie odtwarzana jest muzyka. Obecnie do jednego przedsiębiorcy przychodzi nawet 5-6 inkasentów rocznie. Ministerstwo zdecydowało się obciąć tę liczbę do dwóch, z podziałem na prawa autorskie i prawa pokrewne. W pierwszych pozycja giganta — ZAiKS-u jest niepodważalna. Po stronie artystów i wykonawców sprawa nie jest tak oczywista. Rywalizują ze sobą dwie organizacje: Stoart i ZPAV, który na podstawie umowy prowadzi inkaso także na rzecz SAWP (Stowarzyszenie Artystów Wykonawców Utworów Muzycznych i Słowno-Muzycznych). Rocznie ZPAV (porozumiał się z ZASP) zbiera około 40 mln zł, Stoart zaś ponad 60 mln zł.

— Dogadajcie się — tak, zakulisowo, zaproponowali urzędnicy ministerstwa kultury. No i się zaczęło...

Przywilej towarzyski

Ani ZPAV, ani Stoart nie myślą nawet o rezygnowaniu z przywileju inkasa na rzecz innej organizacji, co więcej, oba podmioty zadeklarowały gotowość do przejęcia go od konkurencji. Własne inkaso to rozbudowana struktura organizacji, więcej osób na liście płac, większe możliwości finansowe, co dla życia środowisk pogrupowanych w OZZ ma kluczowe znaczenie. Pracownicy tych instytucji, nie raz związani ze sobą rodzinnie, biznesowo i towarzysko, żyją z 15-20-procentowej prowizji, potrącanej z zebranego inkaso. Rocznie to milionowe kwoty. Przedstawiciele ZPAV twierdzą, że nie pasują do tego obrazka. Bo w ZPAV karty rozdają ci, którzy świetnie liczą pieniądze: firmy fonograficzne, ojcowie - założyciele tej organizacji. Jednym z nich jest np. Piotr Kabaj, szef Warner Music na Europę Wschodnią.

— Stworzyliśmy ZPAV, aby mieć organizację, która będzie walczyć z piractwem i zmieni prawo autorskie, potem uruchomiliśmy OZZ wewnątrz ZPAV, chcąc, by należne nam opłaty ściągała instytucja probiznesowa, optymalizująca swoje koszty, a jednocześnie skuteczna, także przy podziale zebranych kwot. Niezależnie od ministerialnych kontroli ZPAV jest stale pod czujnym okiem branży muzycznej — zaznacza Piotr Kabaj.

Piękni, pokłóceni

— Założenie wspólnego inkasa jest takie, że instytucja zbierająca opłaty w imieniu innych organizacji potrąca swoje wynagrodzenie, a resztę przekazuje do innych OZZ — mówi Bogusław Pluta, dyrektor biura ZPAV. Ministerstwo kultury, które koniec końców będzie musiało podjąć decyzję o wyborze inkasenta, faworyta nie ma. Prowadzi natomiast postępowanie administracyjne w tej sprawie. Ten swoisty konkurs piękności, zdaniem ministerstwa, zakończy się najpóźniej jesienią.

— Postępowanie administracyjne w tej sprawie zostało wszczęte właśnie dlatego, że organizacje nie były w stanie wspólnie wybrać jednej, która zajmowałaby się inkasowaniem wynagrodzeń za odtwarzanie — informuje ministerstwo.

Fałszywki i kontrola

Tymczasem, jak dowiedział się „PB”, Stoart popadł w niełaskę u części urzędników. Dlaczego? Jednym z powodów są skargi właścicieli niewielkich biznesów na działanie organizacji. Trafiły również do „PB” — to listy, stylizowane na zawiadomienia o podejrzeniu przestępstwa, złożone na policję na firmy niepłacące — zdaniem Stoartu — należnych tantiem. Problem w tym, że takie przesyłki dostawali przypadkowi przedsiębiorcy, niemający zobowiązań wobec OZZ.

— Tego rodzaju praktyka jest przedmiotem postępowania nadzorczego wszczętego przez MKiDN. Obecnie analizujemy odpowiedzi udzielone przez tę organizację. W zależności od wyników tej analizy zostanie podjęta decyzja o zastosowaniu przewidzianych prawem środków nadzorczych — usłyszeliśmy w ministerstwie kultury. Resort kultury kłopot ze Stoartem ma nie od dziś: „PB” dotarł do wystąpienia pokontrolnego ministerstwa z 2013 r.: urzędnicy wykryli wówczas wiele nieprawidłowości w organizacji i bałagan w dokumentacji OZZ.

Latające papiery

MKiDN odkryło m.in., że 60 proc. odsetek od kwot zgromadzonych na kontach Stoartu wsiąkało w struktury organizacji jako wsparcie na „pokrycie innych kosztów, w tym kosztów rozwoju działalności” oraz na „pokrycie kosztów inkasa i repartycji”. Łącznie w latach 2008-11 r. w ten sposób Stoart pochłonął ponad 16 mln zł. Urzędnicy ministerstwa w wystąpieniu pokontrolnym stanowczo zakazali tego typu praktyk, nakazując całość odsetek przekazywać na rzecz artystów. Do tego okazało się, że zewnętrzne firmy prowadzące inkaso na rzecz Stoartu są osobowo powiązane z włodarzami organizacji. „To konflikt interesów” — napisali kontrolerzy.

Postawili też zarzuty związane z dietami członków zarządu i poszczególnych komisji Stoartu. Np. przez niecałe 4 lata prezydium zarządu spotkało się około 600-krotnie, diety wypłacone z tego tytułu (wraz z pieniędzmi dla członków innych komisji) przekroczyły 2,3 mln zł. Urzędnicy przypomnieli, że zarządzający swoje funkcje powinni pełnić społecznie, ale... nie nakazali zwrotu pobranych diet. Kontrolerzy w kilkunastostronicowej litanii przypomnieli także o niewywiązywaniu się przez Stoart z porozumienia z SAWP (ostatecznie ten porozumiał się z ZPAV).

Mydełko na miękko

— Po ministerialnej kontroli wydawało się, że Stoart straci status OZZ — mówi jedna z osób ze środowiska muzycznego. Skończyło się jednak na litanii zaleceń i uwag, których efekt trzy lata po kontroli — jak informuje MKiDN — jest wciąż badany przez urzędników. Włodzimierz Wiśniewski, dyrektor biura wykonawczego Stoartu, podkreśla zalety jego OZZ jako kandydata na głównego inkasenta, jednocześnie odpierając zarzuty. Twierdzi, że ministerialna kontrola spowodowała sanację organizacji.

— Pozwoliła na wyjaśnienie wątpliwości zrodzonych na tle uwag wysuwanych pod adresem Stoartu z różnych stron, m.in. przez inne OZZ, oraz na udoskonalenie aktów wewnętrznego zarządzania — jak statut i regulaminy. Można tę kwestię zamknąć wnioskiem, że kontrola wzmocniła organizację Stoart i pozwoliła na takie polepszenie jej funkcjonowania, że obecnie bez wątpliwości Stoart może pretendować do roli wybranego inkasenta — twierdzi Włodzimierz Wiśniewski.

— Zamiast kontrolnego czyśćca jest miła kąpiel z mydełkiem Fa — zżyma się jeden z przedstawicieli branży muzycznej. Jego zdaniem, za taki stan rzeczy odpowiedzialni są także muzycy, niezainteresowani zmianą, zajęci tworzeniem, a nie grzebaniem w papierach OZZ.

— Nigdy nie wnikałem, co się dzieje w tych organizacjach. Dostaję jakieś pieniądze, nie narzekam. A powinienem? — mówi rockman Lech Janerka.