Być jak Bruce Willis

Podróżowanie po Polsce samochodem elektrycznym wymaga zmiany przyzwyczajeń, sokolego wzroku, umiejętności liczenia, siły woli mistrza Jedi i odwagi Bruce’a Willisa. I jeszcze przejścia na wegetarianizm.

Kilka lat temu narty sobie kupiłem. Zjazdowe. Markowe. Najnowsza kolekcja. Do tego wiązania, kije. Przy okazji gogle i kask. Dumny ułożyłem wszystko w garażu. I wiecie co? Nie ma większej frajdy, niż wydać ponad 10 tys. zł na rzeczy, które 99,99 proc. czasu leżą w garażu. Bo leżą stylowo. A i kurz zbierany przez nie jakiś taki bardziej luksusowy. Tylko po co mi kurz?

Właściciel świadomości

Kupiony sprzęt zbierał kurz, bo wykorzystywałem narty przez kilka dni w roku. Leżące w piwniczym zaciszu deski co roku wymagały ostrzenia i smarowania. Noszenia i pakowania. I z każdym rokiem cieszyły coraz mniej. Na rynku nowe rozwiązania, stokowa moda zmieniona. I co? I wychodzi na to, że moje 10 tys. zł rozłożone na punktowe inwestycje realizowane, gdy pojawi się potrzeba, starczyłyby mi na lata białego szaleństwa przy użyciu najnowszego sprawnego sprzętu z aktualnej kolekcji. Pozbawiłyby konieczności noszenia i wożenia oraz zdjęły z głowy obowiązek serwisowania, a z budżetu jego koszty.

Tak. Mówię o wypożyczalniach. Teraz można się ze mnie śmiać. Już? Pośmiejcie się jeszcze trochę, bo zaraz moja kolej na „darcie łacha”. Z was. Wielu z was też ma takie „narty”. I co? Łyso? Tak jak ja źle wycelowałem z nartami, tak spora część z was, moi drodzy, przewaliła kasę na samochód. Tylko po to, by mieć poczucie posiadania. I to głównie tego poczucia używacie. Reszta wydanych pieniędzy zbiera kurz. Ale stylowo. Na pocieszenie dodam, że jestem identyczny. Ani ciut lepszy w tej sprawie. Zakurzony jak większość rodaków. Ale teraz do rzeczy.

Mentalny przewrót

„Rzeczą” tą jest tym razem samochód na prąd. Po z górą tygodniu za kierownicą przedstawiciela tego gatunku — BMW i3 — mam masę przemyśleń co do przyszłości elektromobilności. Zebrałem je w kilka punktów. A raczej barykad, przez które elektryczne auta w Polsce nie przejadą. Po lekturze poznasz moje zdanie o tym, dlaczego elektryczna rewolucja na ulicach w Polsce napotka barykady.

Pierwsza barykada jest opisana wyżej. To chęć posiadania. Jest w nas mocna z różnych powodów. W odróżnieniu od zachodniej części Europy Polacy nie zdążyli się jeszcze „naposiadać”. Głównie mieszkańcy dużych miast często wpadają też w tzw. pułapkę wakacyjną. Kupują duże auto, by raz, czy dwa w roku zabrać rodzinę na wakacje. Wiele czasu użytkowania dużych aut spędzają w korkach, ale i tak większość czasu duże auto czeka na parkingu pod domem lub pracą, zajmując dużo miejsca.

Czekając, kosztuje. Niewiele mniej niż jeżdżąc. I niby wszyscy o tym wiecie. Ale nic sobie z tego nie robicie. A mnie właśnie nazwaliście kretynem. I właśnie w myślach argumentujecie i uzasadniacie swój wydatek na duże auto. Bo działka, dwójka dzieci, zakupy… Zgoda. Statystyka jednak nie zostawia na was suchej nitki. Według różnych źródeł aż do 70 proc. z was na co dzień jeździ po miastach swoimi dużymi autami w pojedynkę. A 96 proc. czasu posiadania tegoż auta nie używacie go (stoi na parkingu). Czy radość z posiadania jest warta pozostałych czterech procent, z których tak ze trzy co najmniej wozicie siebie i powietrze? Oczywiście te dane dotyczą prywatnych aut używanych do prywatnych celów. I kupionych za prywatne pieniądze.

Sokoła wzrok

Barykada druga. To przekonanie, że się nie da. Że to żmudne i trudne. I jeszcze drogie. Jeżdżenie autem elektrycznym po naszym pięknym kraju wymaga planowania, zmiany przyzwyczajeń, dokładności i odwagi. Ale jest możliwe. Bez specjalnych wyrzeczeń. Tak, tak, już słyszę: „A gdzie to ładować? Punktów jak na lekarstwo”.

Owszem, dzisiaj nie jest kolorowo. Ale nie jest też czarno-biało. I — na razie — za darmo. Za darmo! Oczywiście najłatwiej poruszać się po Warszawie. Tu moje BMW i3 z powiększonym do 94 Ah akumulatorem wystarcza do realizacji codziennych zadań bez najmniejszych wyrzeczeń. Ponad 200 km zasięgu. Ktoś z was (jeśli nie śmiga „na Uberze”) robi więcej? Co musiałem zmienić? Sklepy, w których robię codzienne czy cotygodniowe zakupy. Na Lidl na przykład. Na wybranych parkingach w Warszawie zainstalowano szybkie ładowarki (w pół godziny 80 proc. pojemności baterii, czyli dla mojego BMW jakieś 160-180 km). Wystarczy dwudziestominutowa wizyta w sklepie, by „zatankować” na minimum 100 km.

Byliście kiedyś w Lidlu krócej? Jeśli odpowiedź brzmi tak, to polecam Galerię Mokotów. Tu też jest „szybkie” źródło. Wystarczy zabrać żonę na zakupy. W tym czasie zdążycie naładować nie jedno, lecz pewnie całą flotę „elektryków”. Takich punktów powstaje coraz więcej. Na razie jako atrakcja — nie płacicie w nich za energię. Macie więc darmowe paliwo. Co więcej, plany firm budujących takie punkty i rządu zakładają, że do końca 2020 r. powstanie ich około 6 tys. A że budowane będą również wzdłuż autostrad, zniknie problem podróżowania na długich dystansach. I co, nadal nie?

Własne zasilanie

W takim razie może spodoba ci się pomysł zainstalowania własnej ładowarki? Tzw. wall box sprawi, że twoje auto będzie się ładowało, kiedy śpisz. I codziennie rano zaoferuje 200 km zasięgu. Oczywiście wtedy zapłacisz za paliwo.

A właśnie, barykada trzecia. Koszty. Jest drogo. I to najczęściej podnoszony argument, wkładający szprychy w koła „elektrykom”. Ale czy na pewno? Jeździłem BMW i3 za 160 tys. zł. Drogo jak na auto miejskie? Sporo.

Idźmy dalej. Koszty serwisu. Brak. W cenie. Paliwo? Jeśliś sprytny i ułożysz plan dnia pod konkretne punkty ładowania, co staje się coraz łatwiejsze, nie płacisz wcale. W przeciwnym przypadku, korzystając z własnego gniazdka, zapłacisz. Ile? Podczas mojego tygodnia z BMW i3 potrzebowałem średnio 13,8 kWh na 100 km. W mieście. Przy średniej prędkości niespełna 40 km/h. To oznacza mniej więcej 7,6 zł za 100 km (przyjmując, że średnia cena 1 kWh to około 0,55 zł).

Robi się taniej, prawda? I jeszcze jedno. Jak wszystkie modele BMW (i nie tylko) również i3 jest dostępne z wygodnym finansowaniem. Takim prawie wynajmem długoterminowym. Bez wpłaty własnej wychodzi 1300-1500 zł miesięcznie. A ile płacisz kredytu za swojego SUV-a? Powiem więcej.

Już dziś samochód elektryczny, używany zgodnie z przeznaczeniem (aglomeracje miejskie), może być tańszy od spalinowego odpowiednika. Uber przeprowadził w Krakowie badania porównujące koszty eksploatacji aut elektrycznych i spalinowych. Wynik: te pierwsze już mogą być tańsze. I to w Polsce pozbawionej dopłat czy podatkowych ulg. Na razie barierą opłacalności jest przebieg 8 tys. km rocznie. Powyżej „elektryk” jest tańszy. Sporo. Ale jednak.

— Nie jeżdżę tyle! Nie jestem taksówkarzem. A do szkoły dziecka mam 100 km z domu. I co, cwaniaczku? Okej. Wcielam się w ciebie. Jadę. Trasa Warszawa — Kazimierz Dolny. Ruszam z domu 141 km do celu. Zasięg 200 km. Na miejscu brak punktów ładowania. Nie da się? Potrzymajcie mi piwo. No i rzeczywiście się nie dało. Ale podjęta wówczas próba doprowadziła mnie do kolejnej — czwartej już — barykady. Przepisy. Samochody elektryczne są niezwykle wrażliwe na styl jazdy i urządzenia używane podczas podróży. Nawet na to, czy pada deszcz. Wiele zależy od przypadku, ale więcej od kierowcy. Spokojna i przewidywalna jazda czyni cuda.

— Zawalidroga! Wcale nie! Całą trasę pokonałem, literalnie stosując się do przepisów. Tam, gdzie wolno 50 km/h, jechałem 50, tam, gdzie 90 km/h, 90 itd. Po dotarciu na miejsce czekały mnie dwie niespodzianki i jedna konkluzja. Pierwsza, że w „baku” zostało mi „paliwa” na 100 km. Czyli wydłużyłem obiecany przez BMW zasięg (przypominam: 200 km) do 240 km.

Druga, że do domu nie wrócę. Zabraknie mi 40 km. Dzięki uprzejmości jednego z mieszkańców, który na swój koszt pozwolił mi podładować nieco samochód, dotarłem do domu na kolację. Ile ów pan mi podarował? W trasie BMW i3 potrzebuje 12,8 kWh na 100 km. Czyli kosztuje to około 7 zł. Na moje 140 km wydałem zatem niespełna 10 zł. I tyle jestem winien przemiłemu kazimierzaninowi.

Jakoś się z panem rozliczę. Konkluzja jest najgorsza: w Polsce nie da się jechać zgodnie z przepisami. Znaczy, da się, ale ma to taki sam skutek i niesie podobne ryzyko, jak spacer nagiego białego po amerykańskiej czarnej dzielnicy (pamiętacie taką scenę ze „Szklanej pułapki” z Brucem Willisem?). Miałem wrażenie, że kierowcy napierający na mnie w dużych SUV-ach zaraz mnie zlinczują. Chociaż jechałem dokładnie tyle, ile wolno, miałem wrażenie, że to ja jestem piratem. Jazda po Polsce autem elektrycznym wymaga odwagi. Nie mam jej aż tyle. Więcej za miasto nie jeździłem. A w mieście?

Zostaw swój samochód!

W mieście nie chcesz z BMW i3 wysiadać. Wszystkie mankamenty giną. Zostaje niesamowita elastyczność (silnik ma moc 170 KM), przestronne wnętrze (bagażnik jak w większości kompaktów) i nieco ekstrawagancki dizajn. Mnie pasuje. I taka motoryzacja się przyjmie. Mam ogromną nadzieję.

BMW i3 przekonało mnie, że elektryki w mieście to dobra rzecz. Pozostaje tylko zmienić podejście. Do posiadania. Zastanowić się, czy jeśli rocznie pokonujesz mniej niż 15 tys. km, z czego większość po mieście, to może warto zrezygnować z własnego auta. Zdać się na wypożyczalnie. Sam musisz to policzyć. Może warto zamiast dużego SUV- -a kupić jakieś małe wozidełko? Może i elektryczne? A wakacje załatwić wypożyczonym sprzętem?

Mój przykład z nartami i doświadczenie z BMW i3 przekonały mnie, że tak. Że posiadanie w odniesieniu do beznamiętnych pojazdów nie ma sensu. Tak jak posiadanie autobusu linii 175 tylko po to, by dojechać na lotnisko w Warszawie. Rynek wypożyczalni krótkoterminowych rośnie. Świat zmierza ku współdzieleniu dóbr. A potrzeba mobilności jest świetną pożywką dla takich pomysłów. Za chwilę posiadanie samochodu będzie przejawem zaściankowości. No i zrobiło mi się smutno. Bo, tak po prawdzie, to w kwestii samochodów zachowuję się identycznie jak w sprawie nart. Chcę mieć. A tej bariery, żadna — nawet elektryczna — rewolucja nie przeskoczy. „Elektryki” mają największy sens jako pojazdy współdzielone. A ja współdzielić, podobnie jak ty, nie chcę. I w sumie nie mam nic przeciwko kurzowi.

Kuchenny pean

Na razie elektryczne samochody jawią mi się niczym wegetariańska kuchnia. Może być smaczna, ale trzeba się nakombinować, by smakowała mięsem. Wolę steki. I choć nieraz zajadałem się warzywami czy sałatą, zawsze potem chciałem przekąsić hamburgera. Choć wegemoda rośnie, a jej kreatorzy podsuwają coraz smaczniejsze alternatywy dla schabowego, wolę mięso. Nawet jeśli z kurzem po źle wydanych pieniądzach. To nie jest sprawa ekonomii. Czy to się zmieni? Nie mam pojęcia. Choć chętnie będę próbował zielonych potraw i zielonych samochodów. &

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Motoryzacja / Być jak Bruce Willis