Była polska delegacja - a miała być Polska

Jacek Zalewski
opublikowano: 2008-10-17 00:00

Szczyt Rady Europejskiej postąpił zgodnie ze sprawdzającym się od lat unijnym obyczajem i wobec poważnej różnicy zdań — decyzję w sprawie pakietu klimatyczno-energetycznego odłożył do kolejnego szczytu, kończącego w grudniu przewodnictwo Francji. Prezydent Nicolas Sarkozy będzie wówczas dążył do przyjęcia tego dokumentu za wszelką cenę. Praktyka UE dowodzi jednak, że pod ciśnieniem terminu często nie daje się osiągnąć prawdziwego kompromisu. Włosi chcieli koniecznie za swojej prezydencji ukończyć traktat konstytucyjny — i szybko się poddali. Ambicją Niemców było dopięcie traktatu reformującego — i teoretycznie im się udało, podpisy zostały potem w Lizbonie złożone, ale i ten dokument tkwi w zawieszeniu.

Rada Europejska oczywiście odniosła się do światowego kryzysu finansowego, przyjmując czternaście artykułów dotyczących sytuacji na rynkach. Nie wyszła jednak ponad ustalenia poczynione już w niedzielę w Paryżu przez przywódców państw ze strefy euro. Zapowiedź podejmowania nie tylko środków doraźnych, ale zainicjowania przebudowy światowego systemu finansowego jest równie chwalebna co niewykonalna — wszak UE to tylko jeden z kilku subcentrów finansowych globu. Przy okazji objawił się ostry spór, czy kryzys może być pretekstem do odkładania przyjęcia przez gospodarki państw członkowskich poważnych ograniczeń klimatycznych.

Dla Polski brukselski szczyt upamiętni się przeniesieniem krajowych sporów politycznych na nieznany wcześniej poziom. Tytuł komentarza odnosi się do smutnej rzeczywistości — kiedy na unijnych szczytach zapowiadane są konferencje prasowe poszczególnych państw, standardowo wyświetlane są ich nazwy z numerem sali i godziną. Europejskie media pierwszy raz zapraszała nie "Polska", lecz "delegacja polska". To formuła wymyślona przez stronę rządową, aby czasem nie "przybłąkał się" prezydent. Według owej doktryny, w szczycie uczestniczyła uprawomocniona delegacja oraz samozwaniec.

Konfliktu nie złagodziło czasowe oddanie w drugim dniu przez prezydenta fotela przy premierze ministrowi Jackowi Rostowskiemu na debatę finansową. Głowa państwa wykorzystała ten czas na wyjście do kancelaryjnych ministrów, którzy nie otrzymali identyfikatorów — podobnie zresztą jak prezydenccy tłumacze. Do gmachu UE dostał się jedynie osobisty ochroniarz prezydenta — służby specjalne są solidarne i ponad podziałami — oraz kancelaryjne media, które akredytowały się w biurze prasowym. Ministrowie w deszczu urządzili konferencję na brukselskim bruku.

Śmieje się z nas cała Europa — na przykład media włoskie donoszą o dwóch walczących kogutach. A największa radość panuje oczywiście w Moskwie, która w zwartości tandemu prezydencko-premierowskiego pozostaje niedoścignionym wzorcem. Opinia publiczna w Polsce jest zażenowana i zawstydzona, ale dualizm władzy wykonawczej ma w kontekście międzynarodowym wymiar bardzo praktyczny. Ot, gdyby wczoraj zaszła konieczność zawetowania niekorzystnych dla naszego kraju zapisów klimatycznych — co realnie wchodziło w grę — to kto fizycznie miałby to zrobić, kto poczułby się uprawniony? Akurat w tej kwestii Lech Kaczyński i Donald Tusk byli zgodni i klimatyczne weto zgłosiliby chórem, ale w tylu innych sprawach — choćby w kwestii ratyfikacji traktatu z Lizbony — znajdują się na przeciwległych biegunach.