Byle tego nie sknocić

Gdy porzucił samochody dla parafiny, koledzy pukali się w czoło. Dziś Krzysztof Jabłoński jest na biznesowym świeczniku.

Dzięki m.in. produkcji w USA i współpracy z Wal-Martem chce zbudować Koronę Candles o skali, jakiej nie osiągnął jeszcze żaden polski przemysłowiec.

Wyświetl galerię [1/4]

Marek Wiśniewski

Hamburg, wczesny wieczór. Telewizor skrzeczy skocznym songiem: „Wer? Wie? Was? Wieso? Weshalb? Warum? Wer nich fragt bleibt dumm!” („Kto? Jak? Co? Więc jak? Dlaczego tak? Dlaczego? Kto nie pyta, pozostaje głupi!”). To czołówka niemieckiej wersji nieśmiertelnego serialu „Ulica Sezamkowa”.

Czujny widz to Krzysztof Jabłoński, który na emigracji w Niemczech wraz z bohaterami „Sesamstraße” szlifował niemiecki, jednocześnie nie przestając zadawać kluczowych pytań. Dziś szprecha o niebo lepiej niż Ciasteczkowy Potwór, wrócił dawno do Polski i na dużą część zagwozdek zna już odpowiedź. Na przykład na tę, czy jemu, 56-latkowi, chce się jeszcze budować biznes.

Chce. Rzuca sobie nowe wyzwanie: rozpalić płomień zysków w Stanach Zjednoczonych, gdzie otworzył fabrykę. To jego kolejna próba ognia, w końcu USA to jedyny liczący się rynek, na którym świece produkowane przez Korona Candles nie są powszechnie dostępne. A angielski? Już się dogaduje.

Bałwanki nad gorzałkę

Długi lot za ocean. I dialog w biznes klasie: — A czym ty się właściwie zajmujesz? — No, świece robię. — No, super, do jakich samochodów? — Nie takie. Zwykłe. — Takie na stół?! — No. — Hm. Aha. A to można z tego żyć? Krzysztof Jabłoński, prezes i czołowy właściciel Korony Candles, takich zdziwień widział już dziesiątki. Jeszcze w początkach III RP, gdy porzucał przemysł samochodowy dla wyrobów z parafiny, koledzy handlarze radzili mu, żeby się nie wygłupiał i wziął się za porządny biznes. Elektronikę, gorzałę, cokolwiek.

— Produkcja świec zawsze kojarzyła się z chałupnictwem. Zresztą słusznie, sami zaczynaliśmy od świec zdobionych ręcznie w bałwanki i choinki, od zalewania parafiną najprostszych form — przyznaje Krzysztof Jabłoński. Dziś zakłady Korony w Wieluniu bardziej przypominają siedzibę producenta batonów lub jogurtów: laboratoria, testerzy, chemicy, strefy top secret. Podobnie jest w stanie Virginia, gdzie Korona otworzyła kopię wieluńskiej fabryki. Bo świat stanął na głowie: świeca stała się elementem technologicznego wyścigu zbrojeń.

Jabłoński rusza do niego z bardzo ofensywnym planem: rozwój produkcji w Stanach Zjednoczonych oznaczać będzie przebicie bariery 1 mld zł rocznej sprzedaży, i to przy inwestycjach rzędu 100 mln zł. Do 2020 r. Korona Candles z europejskiego lidera ma się przeistoczyć w gracza o zasięgu światowym.

Paszport bez prawa

Całego zamieszania ze świecami znad Wisły nie byłoby, gdyby w połowie lat 70. Krzysztof Jabłoński dostał się jednak na ukochane prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Trochę brakowało mu pilności, trochę punktów za pochodzenie. Dwa podejścia spaliły na panewce.

— Miałem z czego żyć, pomagałem mamie, obsługiwałem wtryskarkę, rozwoziłem zabawki, które produkowaliśmy, miałem własny samochód. Ale w tamtych latach była taka instytucja, jak zasadnicza służba wojskowa, nie uśmiechało mi się być częścią opresyjnego systemu. Zatem zapisałem się do studium samochodowego na Hożej w Warszawie. Sukces, dostałem indeks — wspomina szef Korony.

Drugą połową sukcesu był paszport. Przyznający go urzędnik ocenił, że młodzian do kraju wróci, bo przecież dopiero zaczął naukę. Owszem, wrócił, ale już z trzecim krzyżykiem na karku i walizką gotówki — plonem błyskotliwej kariery za Odrą.

— Miałem 22 lata, był 1981 r., gdy opodatkowałem po raz pierwszy 100 tysięcy marek zysku. To była fortuna. Byłem z siebie dumny — śmieje się Krzysztof Jabłoński. Chwile triumfu poprzedziły jednak dwa lata harówki, po której nastąpiło kilka kolejnych, jeszcze intensywniejszych.

Morze, młot, marki

Już w początkach emigracji przyszły właściciel świecowego potentata porzucił prawnicze mrzonki. Postanowił zostać marynarzem. W szkole morskiej zostawiono go jednak na lądzie, bojąc się, że służby graniczne państw bloku sowieckiego aresztują załoganta. Z pozwoleniem na stały pobyt i pracę też było krucho. W Hamburgu aż kipiało od gastarbeiterów.

— Pracowałem dorywczo — od budowlańca po opiekuna dzieci. Jak mnie wytrzęsło przy młocie pneumatycznym, to całą noc skakałem po materacu. Zdałem sobie sprawę, że bez perfekcyjnego języka się nie przebiję, pozostanę na dole. Dałem sobie rok, zapisałem się kursy, pokochałem „Sesamstraße” — opowiada biznesmen.

Pomogło na tyle, że gdy poznany przypadkowo Niemiec poprosił go o pomoc w znalezieniu ludzi do pracy, Krzysztof Jabłoński mógł zapytać wprost, z pewnością siebie: — A co chcesz robić? Ja to zorganizuję. Okazało się, że praca była banalnie prosta — roznoszenie po mieście folderów reklamowych, tzw. prospektów. Organizacja też była prosta: każdy robił najwięcej, jak mógł, by zarobić, ile się da. Gdy Niemcy w piątek po południu dumali już o weekendowym byczeniu się na daczach, polskie chłopaki latały z prospektami jak oparzone. Zarządzał nimi Krzysztof Jabłoński, zdobywając kolejne zamówienia.

— W dwa lata stworzyłem największą w Hamburgu firmę roznoszącą materiały reklamowe. Średnio pracowało dla mnie około 50 osób — wspomina przedsiębiorca. Przewagą nad Niemcami była nie tylko pracowitość Polaków, ale także to, że wszyscy pracowali w szarej strefie, zatem ceny mieli najniższe na rynku. Rozwinęli działalność, zatrudniając hostessy w supermarketach i prowadząc akcje promocyjne na plażach dla Kodaka czy Nivei.

— Wówczas miałem pierwszy kontakt ze szwedzkim koncernem IKEA, dziś największym odbiorcą naszych świec. Wtedy roznosiliśmy ich katalogi, ale mając 100 tys. marek zysku, stwierdziłem, że nie ma co ryzykować nalotu fiskusa. Postanowiłem zainwestować w jakiś poważny biznes, stabilniejszy. W reklamie zlecenia spływały falami w nieprzewidywalny sposób — opowiada Krzystof Jabłoński.

Spółka Friedricha

A gdzie przewidywalność? W motoryzacji, bo samochody, nawet niemieckie, zawsze będą się psuły. Traf chciał, że swoją „stówkę” Jabłoński wpakował w spółkę pewnego hamburczyka, z którym tak się polubili, że prowadzą wspólne biznesy już od ponad 30 lat.

— Friedrich kupił warsztat, chcąc go zamienić w myjnię dla cystern. Nie dostał jednak na to zgody. Zgłosiłem się ja, podzieliliśmy się udziałami fifty-fifty i zacząłem wprowadzać moją strategię budowania warsztatu naprawy karoserii i lakiernictwa. Praca w nocy, świątki, piątki, czyli w czasie, który był tabu dla Niemców. Do tego niskie stawki i nowoczesny sprzęt. Wkrótce wygraliśmy przetargi m.in. dla Deutsche Post i jednej z sieciowych wypożyczalni samochodów — opowiada biznesmen.

Hale hamburskiego warsztatu zapełniły się błotnikami i zderzakami w dwóch odcieniach firmowej żółci niemieckiej poczty. Pojawiły się ultranowoczesne suszarki do lakierowanych części, wraz z nimi nowatorski komputerowy system likwidacji szkód. Zasada była prosta: samochody klientów mają jeździć, a nie stać w warsztacie. Doszło do tego, że pocztowcy błagali, by Jabłoński załatwił drugą firmę do kolejnego przetargu, bo dotychczasowi pretendenci nawet nie stawali w szranki.

— Przecież i tak Polak zabierze — mówili. — Początkowo Niemcy traktowali mnie jak zło konieczne. Później pojawił się szacunek, wraz z m.in. kontraktami z Mercedesem — zaznacza prezes Korona Candles. I tak dojechał do 1989 r., gdy zamarzył o tym, by german dream wyśnić także w Polsce.

Pękanie na VAT-cie

— W Polsce wymyśliliśmy sobie zakład zajmujący się samochodami specjalistycznymi, np. chłodniami. Przez znajomych trafiliśmy do Wielunia, kupiliśmy halę, wściekli po kolejnej podwyżce czynszu w sąsiednim obiekcie. W tym samym czasie szukałem kolejnej nogi w biznesie, wspólnik rozwijał swoją rodzinną firmę, czyli m.in. handel surowcami chemicznymi. To szło dobrze, mieliśmy komfort inwestowania. Plan był szeroki, np. pożyczyliśmy od znajomych Friedricha 2 mln marek.

Na co? Na rozkręcenie leasingu — wyjaśnia przedsiębiorca. Właśnie — leasing samochodów otwiera worek z kilkoma wtopami, przegapionymi szansami, które wraz z burzliwym rozwojem III RP uciekły Jabłońskiemu bezpowrotnie. Jedną z nich była też rezygnacja z tanich jak barszcz gruntów w Ursusie, gotówka potrzebna była na rozwój biznesu. Ale to spółkę BP Leasing wspomina jako tę, przy pomocy której mógł w kilka lat zarobić krocie.

— Zaczynałem jeszcze przed Leszkiem Czarneckim, dzięki wsparciu wspólnika pożyczyłem 2 mln marek od osób prywatnych. Szło dobrze, jednak jak wszedł VAT, nie wiedziałem, co robić. Pękłem, nie spałem po nocach, ludzie zwracali samochody. Nie chciałem zawieść osób, które pożyczyły mi taką fortunę. Życie pokazało, że poczekalibyśmy rok, półtora, do czasu, gdy weszły kratki i pływalibyśmy w zyskach. Wystarczyło stanąć na górze, puścić śnieżkę i czekać na lawinę na dole — twierdzi inwestor. Psychika była nadwątlona, ale hale w Wieluniu musiały na siebie pracować. Stąd już tylko krok do świec, których losy zdecydowały się — jak to w przypadku Krzysztofa Jabłońskiego często bywa — w jednej chwili.

Sen na prasie

— Krzysztof, mam dużą partię parafiny do sprzedania. Z Chin, lepsza jakościowo niż polska, ale droższa. Będzie kupiec? — zapytał Friedrich podczas jednej z wielu podróży na trasie Hamburg — Wieluń — Warszawa. — Sami zrobimy te świece, przecież to prosta technologia — padła odpowiedź. Kilka tygodni później parafina mieszała się w dziesiątkach pralek Frania, zabytkowe maszyny z Niemiec szykowały się do wyplucia pierwszej partii świec. Napięcie, wątpliwości, podniecenie. I klops — Krzysztof Jabłoński przez swój błąd niszczy formy znajdujące się w urządzeniu. — Były warte więcej niż maszyna. Było ich 560 — śmieje się po latach.

Przyszły multimilioner zamieszkał w pokoiku nad halą produkcyjną. W dzień była to salka spotkań, w nocy rozkładał kanapę i z poduszką przy uchu wsłuchiwał się w rytm prasy do parafiny. Gdy robota cichła, budził się i schodził na dół, zobaczyć, co się stało. A rano w klapeczkach szedł pod pracowniczy prysznic na korytarzu, zza kotary witając się z pracownikami na porannej zmianie. Po dekadzie pracy w branży motoryzacyjnej odstawił ją na bok, powoli też tracił zapał do starych i nowych samochodów, m.in. stuningowanego Mercedesa 190, którym bez większego trudu połykał najszybsze porsche. Produkcja pochłonęła go bez reszty — w tym zdaniu nie ma żadnej przesady.

— Kilka lat trwało to uwalnianie się od codziennego przebywania na produkcji w Wieluniu. Przez lata byłem pracoholikiem, dla firmy zrobiłbym wszystko, ona była na pierwszym miejscu. Nie było wolnych weekendów i wakacji. To się odbijało na moim życiu prywatnym. Żona twierdzi, że coś mi z tego pozostało, że nawet na urlopie sprawdzam sprzedaż, marże, prognozy. Ale bronię się, że robię to z samego rana, gdy jeszcze śpi — przyznaje Krzysztof Jabłoński.

Odjazd porsche

Pracoholizm przynosił jednak wymierne rezultaty: Korona podpisała wielki kontrakt z IKEA, który trwa do dziś i który zbudował spółkę w obecnym kształcie. Szwedzki koncern postawił na wieluńską firmę z myślą o długofalowej współpracy. I nie zawiódł się, w tym roku Korona sprzeda mu około 30 proc. produkcji. W dużym stopniu to jednak zasługa drużyny menedżerów Korony, Krzysztof Jabłoński bywa w Wieluniu zaledwie dwa razy w miesiącu. Impulsem do wyrwania się z żelaznego uścisku firmy były przygotowania do debiutu giełdowego w 2005 r. Wtedy zaświtało mu w głowie częściowe wyjście z firmy, zastrzyk gotówki na fanaberie, takie jak Porsche 365B kabriolet — samochód, o którym marzy od lat.

— Doradcy zaraz mnie naprostowali, mówiąc, że oni widzą, że firma to ja i podobnie kupują Koronę inwestorzy. Zdecydowałem, że trzeba wydobyć z cienia zespół, jaki za mną stał. Dziś czy jestem, czy mnie nie ma, machina się kręci — cieszy się Jabłoński i dodaje, że minął już czas, kiedy pracownicy przed wejściem do jego gabinetu szeptem pytali asystentki, czy szef znów w złym humorze.

— Wyluzowałem, zwolniłem, wyrwałem się z natłoku codzienności. Zdjąłem klapki z oczu, mam czas na kreatywne myślenie o strategii firmy, a nie tylko na bieżące zarządzanie — podkreśla biznesmen.

Olejowanie korporacji

A Korona? Na GPW ostatecznie nie weszła — inwestorzy nisko wyceniali zależność spółki od jednego odbiorcy (IKEA odbierała 80 proc. produkcji) i autorytarny styl szefa. Jednak to w drodze na giełdę Korona przeszła na stronę korporacji, co nie przejawia się jedynie rozdaniem pracownikom biurowym kart magnetycznych.

— Staliśmy się korporacją w dobrym tego słowa znaczeniu. Zwrotną, elastyczną, zdolną do autorefleksji. Pomogło w tym wsparcie IKEA — deklaruje raz jeszcze prezes spółki. Obecnie ma ona już 10 kluczowych odbiorców, wielkie marki ze świata, oprócz IKEA m.in. Tesco i Wal-Mart, pod którego zbudowano fabrykę w Virginii. To też ponad 20 mln zł zysku rocznie.

— Już dawno porzuciliśmy proste świece i znicze na rzecz świec zapachowych. To bardziej wymagający produkt, za to na fali wznoszącej i z wyższymi marżami. Ponadto inwestujemy miliony złotych w badania, dzięki czemu do produkcji zużywamy coraz mniej parafiny na korzyść m.in. tańszych olejów roślinnych przy jednoczesnej poprawie parametrów świecy. Tu jesteśmy o kilka lat przed konkurencją — cieszy się Jabłoński.

Okładki terapii

Polska firma obsesyjnie trzyma w ryzach najważniejszy parametr: cenę. To dla niej Jabłoński porzucił (przynajmniej na razie) sprzedaż produktów pod własną marką. Uznał, że walka z gigantami handlu na marki nie ma sensu, skończy się upadkiem spółki. Nie miał sentymentów, za to miał rację. Za swój dobry ruch uważa również porzucenie nawyku decydowania o każdym szczególe w firmie. Od kilku lat, także w ramach terapii z pracoholizmu, trafia od czasu do czasu na towarzyski świecznik. Widać go na balach, rautach, jego zeszłoroczny ślub z wybranką serca (wyjątkowej urody) obficie relacjonowały plotkarskie media.

— Wie pan, ja już mam za dużo okładek w prasie w ostatnim czasie i to bez związku z biznesem — żartuje Krzysztof Jabłoński. Na wakacjach w Afryce odkrył sportowe katamarany i teraz pływa nimi po Mazurach („to takie porsche na wodzie”), inwestuje też w sztukę nowoczesną, np. pobudzające zmysły malarstwo Wojciecha Siudmaka, Tomasza Sętowskiego, Małgorzaty Kosiec, Antoniego Kowalskiego.

Swego czasu kupił też kilka naturalnej wielkości ceramicznych rzeźb autorstwa Przemysława Lasaka, przedstawiających piękne i pełne ognia kobiety. To o sztuce chętnie dyskutuje przy kieliszku wina, któremu też poświęca nieco uwagi. Nie tak dawno odkrył niezwykły biały trunek Vintage Tunina. — Kiedyś harowałem z myślą, że jestem świeży w Niemczech i widzę bogactwo za szybą. I mam dwie drogi — albo zbić szybę cegłą, albo brać cegły i budować, by zarobić. W końcu otworzyły się drzwi na drugą stronę.

Nabrałem nieco dystansu, ale ja się nie nadaję pod palmę, na rentierkę. Mam jasny plan. Byle go nie sknocić — mówi w przerwie pozowania do fotografii widocznej na okładce „PB Weekendu”. Gdy fotograf obwieszcza koniec, Krzysztof Jabłoński zakasuje rękawy, uśmiecha się zadowolony i rzuca: — No, wreszcie będzie można trochę popracować.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński, fot. Marek Wiśniewski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Byle tego nie sknocić