CBA, czyli życie przed życiem

Andrzej Nierychło
opublikowano: 2006-01-18 00:00

Centralne Biuro Antykorupcyjne jeszcze nie istnieje, a już oddziałuje na świadomość wielu ludzi. Na ustawę i inne przepisy, na podstawie których działać będzie CBA, czekają teraz liczni zainteresowani. Jedni — aby wypisać je sobie na sztandarach, inni — aby rzucić się z kłami i rozszarpać je na strzępy. To czekanie dziwnie się wydłuża, a wraz z nim pojawia się pytanie: czy w okresie przejściowym ktokolwiek walczy z korupcją?

Z korupcją walczono zawsze, zapewne więc i teraz iluś fachowych prokuratorów i policjantów przerzuca papiery, wzywa na przesłuchania i wypełnia protokoły. Pewnie każdy z nich zastanawia się, jak będzie wyglądać jego praca za, powiedzmy, pół roku. Czy zostanie zawezwany do nowej formacji? W końcu pięciuset niepokalanych agentów nie pojawi się znikąd. Wielu z nich musi być doświadczonymi funkcjonariuszami, na nowo prześwietlonymi i sprawdzonymi, ale ze stażem, doświadczeniem, nawykami, krótko mówiąc — znajomością materii. Przecież nikt nie chce z CBA tworzyć przedszkola dla przyszłych agentów.

A może jednak, myśli sobie taki doświadczony rep policyjny, stanie się zupełnie inaczej? Będę dalej siedział na tym samym krzywym krześle za biurkiem zawalonym papierami, a raz za razem wpadną tu wymuskani garniturowi dżentelmeni i powołując się na swoje superuprawnienia, zaczną domagać się a to wglądu do dokumentów, a to podjęcia konkretnych czynności. Jest wreszcie możliwe, że ci dżentelmeni zajmą mój pokój, przy okazji wymienią biurko na nowe, polakierowane, a stare krzesło na skórzany fotel, zaś ja pójdę gonić pijaczków po bramach.

Trudno powiedzieć, który scenariusz się spełni. Najpewniej każdy po trochu. Oczywiste jest tylko, że mamy przedłużający się okres tymczasowości i niepewności, a to nie służy sprawie i powoduje, że powstają i narastają zaległości, które nowa struktura otrzyma w wianie na starcie. Takie becikowe dla CBA.

Istnieje jeszcze jeden, bardzo życiowy aspekt szykujących się zmian strukturalnych. Żelazna pięćsetka ministra Kamińskiego tropić ma wielkie afery na szczytach władzy i biznesu. Szef przyszłego biura zapowiedział to jednoznacznie w słynnej już, wyjątkowo niezręcznej wypowiedzi. Pomijamy tu wątek, czy tych afer dopiero będzie się szukać, czy też pan minister już wie, że one istnieją i wystarczy tylko wskazać i złapać winnych.

Tymczasem poza stołeczną zgnilizną i mackami tej pajęczyny w wielkich miastach, w Polsce jest jeszcze ponad dwa tysiące gmin, a w wielu z nich korupcja gminna — przaśna, banalna i niemedialna. Jakieś działki sprzedane za ćwierć wartości, zgody na absurdalne budowy i opite w gospodzie przetargi na kilometr utwardzonej drogi.

Może warto by się zastanowić, który rak jest groźniejszy dla tkanki państwowej i społecznej, a później odpowiednio podzielić siły?