CFD dają dostęp do światowych giełd

Kamil KosińskiKamil Kosiński
opublikowano: 2015-03-17 00:00

Zarabianie na kursie kilku tysięcy akcji za pośrednictwem jednego domu maklerskiego? To wcale nie mrzonka, to kontrakty na różnice kursowe.

Rynek forex kojarzy się z walutami. Część brokerów nie oferuje nawet innych instrumentów inwestycyjnych. Ale u tych, którzy dają większe możliwości, instrumenty walutowe są z reguły w mniejszości. Przeważają kontrakty na różnice kursowe, czyli CFD.

— Kontrakt CFD jest intrygujący, bo łatwo dostępny, z depozytami od 200-300 zł, w systemach transakcyjnych na komputery i urządzenia mobilne. Daje ponadto ekspozycję na większość rynków. Nie jesteśmy ograniczeni listą spółek notowanych na giełdzie, terminami wygasania, godzinami handlu czy brakiem płynności. Kontrakty CFD są handlowane przez całą dobę, a dotyczą praktycznie wszystkiego, co ma wartość zmieniającą się w czasie. I nie stosujemy do ich analizy teorii prawdopodobieństwa, ale rynkową analizę fundamentalną czy techniczną — streszcza zagadnienie Robert Kosowski, dyrektor marketingu DM mBanku.

— Główną zaletą kontraktów na różnice kursowe jest niewątpliwie elastyczność, jaką dają inwestorowi. CFD to nic innego, jak instrument pochodny w formie umowy pomiędzy sprzedającym a kupującym, gdzie strony wzajemnie zobowiązują się do zapłacenia różnicy pomiędzy aktualną wartością kontraktu oraz jego wartością w dniu ustanowienia. Innymi słowy, inwestor dzięki temu mechanizmowi może z powodzeniem lokować kapitał zarówno podczas hossy, jak i bessy. Warto przy tym podkreślić, że CFD wyjątkowo dobrze sprawdzają się w okresie wzmożonej niepewności gospodarczej, kiedy stabilność koniunktury stoi pod znakiem zapytania, a ceny aktywów wykazują wyraźne wahania dobowe — dodaje Maciej Jędrzejak, dyrektor zarządzający polskiego oddziału Saxo Banku.

Większy depozyt

Kontrakty CFD, dostępne w ofercie brokerów foreksowych, dotyczą najczęściej surowców, indeksów i pojedynczych akcji. O ile jednak kontrakty surowcowe nie różnią się od tych na waluty, to te oparte na indeksach giełdowych i akcjach są wyraźnie odmienne. Różnica dotyczy przede wszystkim wysokości depozytu zabezpieczającego. Na foreksie depozyt przekraczający 2 proc. wartości instrumentu bazowego należy uznać za wysoki.

W przypadku instrumentów opartych na akcjach depozyt rzędu 5-10 proc. to jednak nic nadzwyczajnego. Są jednak depozyty jeszcze większe — sięgające 25 proc. wartości instrumentu, na który kontrakt opiewa. W skrajnych przypadkach brokerzy wymagają nawet pełnego pokrycia wartości pozycji, co właściwie kłóci się z ideą foreksu jako rynku opartego na dźwigni finansowej.

Cały czas pozwala to jednak zarabiać na spadku wartości instrumentu bazowego, choć zdarza się, że nie na każdym z dostępnych kontraktów CFD. Mechanizm działania niektórych jest bowiem wierną kopią klasycznej inwestycji — zarabia się wtedy, gdy kupi się taniej i sprzeda drożej.

Pękają bariery

Najważniejszym atutem kontraktów CFD jest dostęp do giełd światowych. Tradycyjną drogą są właściwie nieosiągalne dla mniejszych inwestorów. Nie dość, że tylko kilka biur maklerskich oferuje Polakom taką możliwość, to jeszcze polityka opłat sprawia, że są to oferty dla osób z ewidentnie grubym portfelem. Zresztą także instrument bazowy potrafi sam w sobie być barierą dla inwestora indywidualnego — i to bynajmniej nie tylko o polskim budżecie. Przyczyny są zarówno czysto techniczne, jak i finansowe.

— Dzięki kontraktom CFD zwiększa się dostęp do rynków i instrumentów, które do tej pory były zarezerwowane dla inwestorów instytucjonalnych. Aby handlować pszenicą czy kawą, trzeba mieć bezpośredni dostęp do amerykańskiej giełdy towarowej, zaś kontrakty na niemiecki indeks DAX wymagają wniesienia depozytu zabezpieczającego o wartości około 25 tys. EUR — mówi Daniel Kostecki, analityk rynków finansowych w HFT Brokers DM. © Ⓟ