Chcę wierzyć, że minister finansów wie, co robi

Tomasz Siemieniec, Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 17-01-2011, 00:00

Polska na szczęście problemów jeszcze nie ma. Ma je natomiast rząd, który chyba traci umiejętność komunikacji ze społeczeństwem, a już na pewno z przedsiębiorcami – mówi Leszek Czarnecki.

"Puls Biznesu": Został pan uznany przez naszych czytelników za Przedsiębiorcę Roku 2010. Chcemy poznać pańską opinię o tym, co dzieje się nie tylko w grupie, ale w całej gospodarce. Od nowego roku mamy wyższy VAT, rząd tnie składkę do OFE, zapowiada podatek bankowy. Jak pan ocenia te posunięcia?

Leszek Czarnecki: Polska na szczęście problemów jeszcze nie ma. Poza burzą medialną w gospodarce nic niepokojącego się nie dzieje, mamy dobry wzrost gospodarczy, firmy świetnie sobie radzą. Duże obawy budzi natomiast odpowiedź na pytanie, czy tak będzie w następnych latach. Zwłaszcza że dużo wskazuje na to, że problemy ma nasz rząd, który chyba powoli traci umiejętność komunikacji ze społeczeństwem, a już na pewno z przedsiębiorcami. Coraz mniej rozumiemy z tego, co się dzieje. Zmniejszenie wpływów do OFE czy podwyżka VAT mają oczywiste przyczyny budżetowe, choć można dyskutować, czy to jest najlepsza metoda minimalizowania deficytu. Kłopot w tym, że nie komunikuje się jasno powodów rządowych decyzji. Niejasne są skutki długofalowe tych zmian: i czy za kilka lat nie będzie konieczności robienia drastycznych reform, które w dużo łagodniejszej formie należałoby zacząć już dzisiaj. Jednak zdaje się, że rząd niespecjalnie się tym przejmuje. Skoncentrowany na wynikach sondaży, myśli o wygraniu najbliższych wyborów.

Rząd poradził sobie w 2010 r. z utrzymaniem w ryzach deficytu, który zresztą był niższy od zakładanego. Udało się to w dużej mierze dzięki wpływom z prywatyzacji i napływowi unijnych funduszy. Majątek narodowy kurczy się i za dwa lata nie będzie czego prywatyzować. Pieniądze z Unii też powoli wyczerpują się i po 2013 r. nie będzie już tak dużego napływu funduszy. Czy to właśnie wtedy, w latach 2014-15, może zmaterializować się ten czarny scenariusz?

Zachowujemy się tak, jak gdyby w naszym domu wybuchł pożar. Mamy trochę wody, zalaliśmy płomienie, ogień przygasł, ale wciąż się żarzy. My natomiast po doraźnej interwencji nie robimy już nic więcej, nie zastanawiając się nad tym, że gdy pożar znowu wybuchnie, nie będzie czym gasić. Wydaje mi się, że istnieje ryzyko, że z chwilą, gdy skończą się duże strumienie pieniędzy mające charakter nieciągły i krótkotrwały (wpływy z Unii czy z prywatyzacji), to wówczas mogą pojawić się istotne problemy budżetowe. Wynika to z tego, że nie zmieniamy struktury naszych kosztów, większość z nich ma charakter stały i bez reform nie zniknie w przyszłości, zatem po zmniejszeniu przychodów deficyt może zacząć gwałtownie rosnąć, prawdopodobnie po 2014 r., może 2015 r. Bardzo chciałbym się mylić i wierzyć, że przyszły wzrost gospodarczy pozwoli uniknąć tych zagrożeń.

Ostatnio pytaliśmy zagranicznych ekonomistów o mit zielonej wyspy, czyli efekt, jaki Polsce udało się osiągnąć dzięki bardzo dobrym wynikom gospodarczym na tle Europy w 2009 r. Usłyszeliśmy, że przez ostatnie działania rządu ten mit pryska, że nie do końca wykorzystaliśmy te pięć minut, by wypromować Polskę, eksporterów, przedsiębiorców. Zgadza się pan z taką opinią?

Nie do końca. Pamiętajmy, że chętnych przedsiębiorców do inwestowania w latach 2008-09 było niewielu. Uważam, że tak czy inaczej Polska bardzo mocno nadrobiła dystans dzielący nad od Europy. Dlatego byłbym dość powściągliwy w takich ocenach. Natomiast uważam też, że istnieje realny problem z oceną ostatnich działań rządu i w tym miejscu w stu procentach zgadzam się z prof. Leszkiem Balcerowiczem w ocenie tego zjawiska. Ponadto, niezależnie od kwestii komunikacji i dialogu społecznego pojawia się pytanie o skuteczność tych zabiegów. Za kilka lat możemy być dużo gorzej postrzegani przez inwestorów i nie będzie wyjścia — trzeba będzie ciąć emerytury o połowę, wydatki budżetowe o 20-30 proc. Będziemy dokładnie realizować scenariusz grecki. Niemniej muszę uczciwie przyznać, że nie mam dostępu do pełnych danych i być może moje obserwacje mają powierzchowny charakter. Chcę wierzyć, że minister finansów wie, co robi.

Po Grecji mamy kolejne ogniska kryzysowe: Portugalia, Belgia, Hiszpania. Jakie są pańskie przewidywania co do dalszego rozwoju sytuacji?

Nie wierzę w rozpad strefy euro. Uważam, że wspólna waluta jest naprawdę wielkim osiągnięciem Europy w kontekście nie tylko ekonomicznym, ale również politycznym. Myślę, że euro poradzi sobie w końcu z problemami. Oczywiście będzie to wymagało wbudowania w cały system mechanizmu ograniczającego ryzyko, który wyeliminuje słabsze ogniwa w strefie euro. Być może konieczne będzie utorowanie ścieżki wycofywania państw z Eurolandu czy umożliwienie ogłaszania niewypłacalności przez kraje członkowskie. Potrzebna wydaje się większa kontrola nad budżetami krajowymi, planowaniem i realizacją. Uważam jednak, że cała strefa przetrwa tę zawieruchę. Generalnie jestem zwolennikiem jak najszybszego wejścia Polski do strefy euro.

Tak szybko, jak to możliwe?

Raczej tak. Polska nadal, pomimo naszych mocarstwowych wyobrażeń o kraju, jest obecnie rynkiem o niewielkim potencjale gospodarczym. Zatem staje się wymarzonym celem do ataków spekulacyjnych na polskiego złotego. Widać to było chociażby pod koniec grudnia 2010 r. Zgadzam się, że posiadanie własnej waluty w czasach kryzysu bardzo pomaga, bo pozwala stymulować eksport i pobudzać gospodarkę poprzez dewaluację. Niemniej długofalowo stabilizacja pieniądza i niższe koszty obsługi długu będą wpływały korzystnie na gospodarkę. To prawda, że w Irlandii czy w Grecji, pomimo posiadania euro, koszty obsługi długu i tak są wysokie, ale to nie wynika z tego, że mają euro, tylko ze słabości ich gospodarek. Wspólna waluta jest tylko narzędziem, a nie rozwiązaniem problemów gospodarczych.

Chcemy jeszcze wrócić do podatku bankowego. Jaki jest pański stosunek do tego pomysłu i co jego realizacja oznacza dla sektora?

Nie potrafię nic na ten temat powiedzieć, bo na razie nie ma żadnych konkretów, są tylko informacje prasowe. Podchodzę do tego podatku jak do każdego innego wprowadzanego podatku, czyli negatywnie. Z całą świadomością nazywam go podatkiem, bo prawdopodobnie będzie kolejną daniną płaconą przez banki — nie wiadomo, dla kogo — zwiększającą obciążenia. Przypomnę, że banki płacą wysoką opłatę na Bankowy Fundusz Gwarancyjny (BFG), która zresztą ostatnio znacząco wzrosła. W BFG zgromadzone są duże pieniądze, które zgodnie z procedurą mogą być wykorzystane na ratowanie nie tylko depozytów klientów, ale również banków. Fundusz już kilka razy w historii pomagał inwestorom, przejmującym zbankrutowane banki. Myśmy również w takim programie uczestniczyli, korzystając z pomocy przy przejęciu upadłego Łódzkiego Banku Przemysłowego. W BFG są coraz większe pieniądze, absolutnie wystarczające do rozwiązana problemów nawet dużego banku. Dla mnie jest więc to zatem kolejny podatek. Dyskutując natomiast kwestię zwiększenia bezpieczeństwa sektora bankowego, warto pomyśleć o rozwiązaniach utrudniających dokonywanie przez banki na własne ryzyko transakcji na rynku instrumentów pochodnych i rynku walutowym. Sprawą do rozważenia jest zapobieganie powstawaniu bankowych gigantów o sumie bilansowej wielokrotnie przekraczającej PKB kraju (tak jak w Islandii, Irlandii czy na Cyprze). Kłopoty tak dużego banku mogą w istotny sposób zagrozić bezpieczeństwu gospodarczemu państwa. W Polsce nie mamy tak dużych banków, inwestycji w instrumenty pochodne praktycznie również, zatem podatek bankowy, o ile będzie wprowadzony, po prostu zwiększy obciążenia banków, zmniejszając ich rentowność i zdolność do rozwoju.

Jaka jest pańska prognoza dla sektora bankowego na ten rok?

Jeżeli nie zmienią się warunki, myślę, że będzie dużo lepszy niż 2010 r. Gospodarka rozwija się w dobrym tempie, banki zaczną rozwiązywać rezerwy na kredyty udzielane przed kryzysem. U nas w banku przesłanki pozwalają mieć nadzieję, że może to być najlepszy rok w historii. Jeśli jednak rząd nam zafunduje podatek bankowy w kształcie np. węgierskim, to może być bardzo nieciekawie.

Był pan zainteresowany kupnem BZ WBK?

Obserwowałem z zainteresowaniem transakcję. Skupialiśmy się jednak na naszych operacjach. Kupiliśmy GMAC, podpisaliśmy umowę na zakup Allianz Banku. Wystarczy.

Pojawiła się też Idea Bank — dobra nazwa dla spółki z grupy, w której wciąż powstają nowe pomysły biznesowe. Jak w Getinie wygląda proces podejmowania decyzji w sprawie kolejnych start-upów albo przejęć? W innych bankach są specjalne centra innowacyjne. Jak to jest w Getinie? Pan sam wymyśla nowe biznesy, menedżerowie przychodzą do pana z projektami czy nowe pomysły wykluwają się podczas spotkań i narad? W ubiegłym roku pojawiło się pięć nowych biznesów w grupie. Czy w 2011 intensywność powstawania nowych biznesów będzie podobna? Słyszeliśmy, że pojawi się nowy start-up.

Część projektów już ogłosiliśmy. Wkrótce startuje Idea, czekamy na zgodę nadzoru rosyjskiego na przejęcie licencji bankowej i będziemy budowali duży bank na bazie naszej firmy leasingowej. Ogłosiliśmy projekt IPO Open Finance, które zamierzamy przeprowadzić w marcu. Pracujemy też nad dużym start-upem, który, mam nadzieję, wystartuje jeszcze w pierwszym półroczu. Dużo dzieje się w Getinie. Podobnie jest w spółce deweloperskiej. Na początku roku LC Corp rozpoczął przygotowania do budowy dużego biurowca, w którym znajdzie miejsce siedziba centrali Getin Noble Banku. Stanie on naprzeciwko Muzeum Powstania Warszawskiego. Pod koniec tego roku zamierzamy również oddawać pomieszczenia podnajemcom do wykończenia w Sky Tower. Nie ma żadnych poślizgów. To będzie ciekawy rok dla LC Corp. Spółka zaczyna wychodzić z zamrożenia, które objęło cały sektor deweloperski. Ruszyła duża budowa osiedli w Krakowie, Łodzi, Wrocławiu. W tym roku prawdopodobnie w Gdańsku i Katowicach. Tego nie będzie jeszcze widać w wynikach z 2011 r., ale efekty ciężkiej pracy ubiegłego i bieżącego roku zaowocują fantastycznie w 2012 r.

Start-up pojawi się w sektorze finansowym?

Tak.

A co z zagranicznymi biznesami Getinu?

W Rumunii zamykamy biznes. Nie osiągnął on spodziewanych zysków. Pozostałe firmy na Ukrainie, Białorusi i w Rosji znakomicie się rozwijają. Przekroczyły zdecydowanie nasze plany na 2011 r. Nie wykluczam, że wejdziemy na kolejne rynki. Skupiamy się jednak raczej na rozwoju organicznym oraz na budowie banku w Rosji. A to jest duże przedsięwzięcie.

Słyszeliśmy, że każdy, kto ma pomysł biznesowy, może przyjść do pana i poprosić o dofinansowanie. Czy to prawda?

Generalnie tak, jestem otwarty na nowe inicjatywy. Ale jest to też trochę uproszczony przekaz. Większość czasu przebywam poza Polską, a gdy tu przyjeżdżam, odbywam dziesiątki spotkań. Pozostały czas chcę wykorzystać na spotkania ze studentami. Miejsca na ocenę nowych projektów zostaje niewiele. Natomiast w przyszłym miesiącu wspólnie z Idea Bankiem otwieramy inkubator przedsiębiorczości, w który będę osobiście zaangażowany.

Zawsze podkreśla pan, że kluczem do sukcesu są ludzie. Z sygnałów, jakie dostajemy z różnych branż, wynika, że wraca rynek pracownika, że rośnie skala oczekiwań wobec pracodawców.

Nie widzę tego zjawiska. Operacyjnie spółkami nie zarządzam, a zarządy tego problemu mi nie sygnalizują.

Kiedy opublikuje pan książkę?

Jest u wydawcy. Powinna ukazać się na przełomie lutego i marca.

O czym ona jest?

Jest to rodzaj poradnika dla przedsiębiorców.

2010 r. był czasem intensywnej pracy dla Getinu. Znalazł pan czas wolny dla siebie?

Bez problemu.

Co nadaje rytm życia, biznes czy czas wolny?

Trzeba znaleźć balans i znaleźć czas na pracę, życie osobiste i rodzinę, a także na hobby.

Przed rokiem pytaliśmy, czy jest cel na horyzoncie, po osiągnięciu którego przyjdzie czas, by sprzedać biznes. Coś się zmieniło przez ten rok?

Wszystko, co powiedziałem rok temu, jest aktualne.

Rok temu powiedział pan, że nie Wrocław i Warszawa, ale Prowansja i Malta.

Też nic się nie zmieniło, chociaż uważam, że za rzadko jestem w Polsce. Tutaj tak dużo się dzieje.

Największy sukces w ubiegłym roku?

Było ich bardzo dużo. Największym sukcesem był styl, w jakim przetrwaliśmy kryzys. Dla mnie 2009 i 2010 łączą się w jeden rok. To, że firma deweloperska i grupa finansowa przetrwały, że nie mieliśmy w ani jednym miesiącu straty, że nie korzystaliśmy z żadnej pomocy, że wyniki są rewelacyjne — to są wielkie sukcesy. Weszliśmy do pierwszej dziesiątki banków, pierwszej trójki ubezpieczycieli. Jesteśmy największą polską prywatną grupą finansową i jedną z największych instytucji finansowych w kraju. Przeprowadziliśmy bardzo udaną ofertę wtórną SPO TU Europa. Ogólnie wyszliśmy z kryzysu zdecydowanie wzmocnieni. Bank zbliża się do pierwszej piątki. I to jest zasługa 2010 r.

Porażka?

Wielu spraw i projektów nie udało się zrealizować. Odsyłam do książki, w której piszę o przejęciach i wymieniam literalnie transakcje, które nie były wielkim sukcesem

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tomasz Siemieniec, Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu