Chiński smok zjada własny ogon

Maciej Kalwasiński, Bankier.pl
opublikowano: 19-06-2016, 22:00

Gospodarka Państwa Środka rośnie najwolniej od 25 lat, ale to nie PKB najbardziej martwi decydentów w Pekinie

Od czasów reform Denga Xiaopinga chińskim liderom udawało się połączyć szybki wzrost PKB ze stopniową liberalizacją i szerszym otwarciem na świat. Promowanie państwowych przedsiębiorstw (SOE) oraz stawianie na inwestycje i eksport dawało znakomite efekty w postaci dwucyfrowego tempa wzrostu gospodarczego.

Miasta-widma są symbolem problemów gospodarczych Chin. Tani kredyt i brak alternatywnych metod oszczędzania spowodowały boom na rynku nieruchomości. Ceny są jednak tak wysokie, że wielu Chińczyków nie stać na własne mieszkanie. Bardziej zamożni traktują je jako inwestycje, a nie miejsce do życia.
Zobacz więcej

CHIŃSKI ZŁY SEN:

Miasta-widma są symbolem problemów gospodarczych Chin. Tani kredyt i brak alternatywnych metod oszczędzania spowodowały boom na rynku nieruchomości. Ceny są jednak tak wysokie, że wielu Chińczyków nie stać na własne mieszkanie. Bardziej zamożni traktują je jako inwestycje, a nie miejsce do życia. [FOT. BLOOMBERG]

Ten model jednak zaczął się w ostatnich latach wyczerpywać, prowadząc do narastania poważnych problemów wewnętrznych. SOE są często nieefektywne, źle zarządzane, borykają się z korupcją i niezdrowymi powiązaniami polityczno-biznesowymi. Od kiedy rynkami wstrząsnął w 2007 r. kryzys finansowy, koniunktura na świecie jest kiepska i popyt na towary z Chin nie rośnie już tak dynamicznie. Nadmierne inwestycje doprowadziły do powstania nadwyżki mocy produkcyjnych, lawinowego wzrostu zadłużenia, pojawienia się zagrożenia dla stabilności sektora bankowego i degradacji środowiska naturalnego.

Zachwianie naturalnej równowagi pomiędzy oszczędnościami a konsumpcją napompowało bańkę na rynku nieruchomości. Dynamiczny wzrost płac korzystnie wpłynął na stan portfela zwykłego Chińczyka, ale istotnie podwyższył koszty pracy, zmniejszając konkurencyjność międzynarodową przedsiębiorstw. Receptą miały być reformy liberalizujące chińską gospodarkę.

Pekin ogłosił wejście w fazę „nowej normalności”, czyli wolniejszego, ale bardziej zrównoważonego rozwoju. Dotychczasowe motory wzrostu — inwestycje i eksport — miały zostać zastąpione przez konsumpcję i usługi. Obwieszczono symboliczne zakończenie ery „kultu PKB” na rzecz poprawy jakości życia zwykłych obywateli.

Ciężar długów

Rzeczywistość zweryfikowała jednak te zapowiedzi. Partia komunistyczna nie może pozwolić na zbyt duże spowolnienie, nawet w nierentownych i mocno zadłużonych sektorach, tj. wydobywczym czy budowlanym, ponieważ groziłoby to wywołaniem fali bankructw, która mogłaby zatopić całą gospodarkę. Odbiłoby się to również na rynku pracy, którego stabilność jest kluczowa dla zachowania spokoju społecznego w Państwie Środka. Dlatego w Chinach wciąż trwa kredytowe szaleństwo.

W latach 2007-14 zadłużenie kraju wzrosło o 20 bln USD, czyli odpowiadało za ponad jedną trzecią globalnego przyrostu długu. Stosunek zadłużenia do PKB wzrósł ze 121 proc. do 282 proc., osiągając poziom wyższy niż w wielu krajach rozwiniętych, jak USA czy Niemcy, i niespotykany wśród krajów rozwijających się. Wartość nowych kredytów wzrosła od lutego 2015 r. do lutego 2016. o 40 proc. PKB, czyli była o 8 pkt. proc. wyższa niż w okresie potężnej stymulacji kredytowej, bedącej odpowiedzią na globalny kryzys finansowy 2009 r. — wynika z analiz Bernstein Research.

Jak pokazuje historia, po tak gwałtownym wzroście zadłużenia często dochodzi do kryzysu gospodarczego. Już teraz wskaźnik zagrożonych należności jest najwyższy od 11 lat, a analitycy i tak mają wątpliwości, czy faktycznie obejmuje on wszystkie „złe długi”. Dalsze zadłużanie jest również coraz mniej efektywne — obecnie potrzeba aż czterech dodatkowych juanów kredytu, by wygenerować juana dochodu. Chińskie firmy coraz częściej przeznaczają nowe kredyty na spłatę starego zadłużenia, a nie finansowanie rozwoju.

Ucieczka kapitału

Obawy o stan gospodarki wywołały gwałtowny odpływ kapitału z Chin — Bloomberg szacuje, że w 2015 r. kraj mogło opuścić nawet 1 bln USD. Rodzi to presję na osłabienie chińskiej waluty. Słabszy juan wywołuje jednak alergiczne reakcje u zagranicznych partnerów Chin, zachęca do jeszcze gwałtowniejszej ucieczki od „czerwonego” i zwiększa koszty obsługi zadłużenia w walutach zagranicznych. Dlatego bank centralny podejmuje próby ograniczania spadku wartości juana, przeznaczając na ten cel część rezerw walutowych.

Od czerwca 2014 r. ich wartość zmniejszyła się o ponad 800 mld USD, czyli... ośmiokrotność rezerw Polski. Pieniądze z kraju za Wielkim Murem wycofują duzi zagraniczni inwestorzy i sami Chińczycy. Firmy stosują metodę tzw. over-invoicingu — raportują wyższą wartość dóbr importowanych z zagranicy od swoich spółek zależnych, a zwykli obywatele wykupują w Hongkongu polisy ubezpieczeniowe, z których można się później z łatwością wycofać, płacąc kartami płatniczymi. Dochodzi nawet do scen rodem z filmowej rzeczywistości — niedawno na lotnisku w Shenzhen zatrzymano podejrzanie ubranego człowieka. Po przeszukaniu okazało się, że mężczyzna...okleił się banknotami wartymi ponad 70 tys. USD.

Bańka nieruchomościowa

Ograniczone możliwości inwestowania za granicą, niskie oprocentowanie depozytów i umacniający się do początku 2014 r. juan zachęcają do poszukiwania opłacalnych strategii inwestycyjnych. Łatwo dostępny i tani kredyt oraz dynamicznie rosnące ceny mieszkań sprawiają, że Chińczycy masowo inwestują w nieruchomości, co prowadzi do pojawiania się niebezpiecznych baniek spekulacyjnych.

Najbardziej spektakularny jest przykład 10-milionowego Shenzhen, gdzie cena nowego mieszkania wzrosła w ciągu roku o ponad 60 proc. Popularność giełdy jako alternatywy dla inwestycji w nieruchomości była raczej krótkotrwała i zakończyła się bardzo boleśnie dla wielu inwestorów indywidualnych.

Kupowanie akcji miało być kupowaniem „chińskiego snu” — zachęcały do tego państwowe media, niskie stopy procentowe i dostępność pożyczek zaciąganych pod zastaw akcji. Wyceny chińskich spółek oderwały się od rzeczywistości — podczas gdy gospodarka Państwa Środka zwalniała, ceny akcji rosły. W czerwcu 2015 r. bańka pękła. Obecna wartość głównego indeksu szanghajskiego parkietu jest już o ponad 40 proc. niższa od szczytu z zeszłego roku.

Problemy społeczne

Obowiązująca przez ponad 30 lat polityka jednego dziecka doprowadziła do wywołania poważnego kryzysu demograficznego w Państwie Środka. Na 100 kobiet przypada 118 mężczyzn, a dzietność jest na poziomie niezapewniającym zastępowalności pokoleń. Społeczeństwo się starzeje, co wraz ze zmniejszaniem się obszarów wiejskich ogranicza zasób siły roboczej.

Powoduje to także presję na zwiększenie wydatków na cele socjalne. Dekady dynamicznego wzrostu odcisnęły również piętno na chińskim środowisku. Dzisiaj setki milionów mieszkańców Państwa Środka cierpi nie z powodu biedy czy głodu, ale duszącego smogu, uniemożliwiającego normalne życie.

Deng i jego następcy uwierzyli, że kraj szybko się rozwinie, jeśli chińską maszynę będą napędzać inwestycje i eksport. Budowano zatem dziesiątki tysięcy kilometrów autostrad, jak grzyby po deszczu wyrastały nowe miasta. Za sprawą zalewających świat chińskich produktów kraj za Wielkim Murem przemieniono w fabrykę świata.

Równocześnie rósł apetyt na energię, szczególnie najtańszą — produkowaną z węgla, która najbardziej zanieczyszcza powietrze. W Chiny uderza również neomerkantylna polityka krajów rozwiniętych. Państwo Środka mierzy się z oskarżeniami o nieuczciwą konkurencję, manipulowanie kursem juana czy łamanie praw człowieka. Publicyści formułują zarzuty „podboju świata” i „chińskiego zagrożenia”. Zły wizerunek Chin na świecie odbija się na możliwościach rozwoju tamtejszych firm za granicą, szczególnie w czasach, gdy na Zachodzie powróciła moda na industrializację. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Maciej Kalwasiński, Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu