Chleb po 20 zł

Anna Bytniewska
opublikowano: 21-03-2011, 00:00

Tnąc limity CO2, Europa podstawia sobie nogę — uważa Paweł Jarczewski, szef Puław.

Prezes największej firmy nawozowej w Polsce alarmuje: drastyczne normy ochrony środowiska zniszczą branżę, a w konsekwencji rolnictwo. Przesadzona wizja czy proroctwo?

Tnąc limity CO2, Europa podstawia sobie nogę — uważa Paweł Jarczewski, szef Puław.

Czy kraje Unii Europejskiej, także Polska, są samowystarczalne pod względem zaopatrzenia w żywność? Ostatnie problemy z cukrem, którego Bruksela produkcję ograniczyła, powinny wzbudzić niepokój i czujność włodarzy Europy. Paweł Jarczewski, prezes giełdowych Puław, uważa, że nie możemy czuć się bezpieczni. Cukier jak papierek lakmusowy ukazał symptomy zjawiska, z jakim państwa UE w niedalekiej perspektywie mogą mieć do czynienia, jeśli nie zadbają o samowystarczalność. Chodzi o deficyt żywności.

Stajemy się bezbronni

Przedstawiciele przemysłu nawozowego zwracają uwagę, że Unia sama sobie podstawia nogę, nakładając na przemysł coraz większe obciążenia finansowe wynikające z konieczności ograniczania emisji gazów cieplarnianych i dwutlenku węgla. Producenci nawozów alarmują, że produkcja nawozów w UE może przestać się opłacać. Ostrzegają, że uderzy to i w rolnictwo, i w zwykłych obywateli.

— Globalizacja daje złudne przeświadczenie, że w każdej chwili można sprowadzić z drugiego końca świata produkty, bo są tańsze, niż wytwarzane w UE. Ograniczając jednak własne zaplecze produkcyjne, Bruksela skazana będzie na kaprysy światowych rynków. One, widząc jej uzależnienie od dostaw zewnętrznych, będą dyktowały coraz wyższe ceny, także żywności. Jeżeli Unia nie zmieni podejścia do tej kwestii, chleb będzie kosztował 20 zł. Zasoby światowe żywności są bardzo niskie. Zapasy na poziomie około 55-65 dni konsumpcji są jednymi z najniższych w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat — mówi Paweł Jarczewski.

Zdaniem prezesa Puław, coraz bardziej realny staję się następujący scenariusz wydarzeń: Europa wprowadza drakońskie limity w emisjach. Firmom nawozowym rosną koszty, bo ponoszą opłaty na dodatkowe limity. Duża część sektora zostaje w konsekwencji wyeliminowana. Jednocześnie zostają zniesione cła ochronne. Początkowo rolnicy mają dostęp do tańszych nawozów z Rosji, Bliskiego Wschodu czy Afryki. Jednak po zniszczeniu konkurencji nowi gracze zaczynają podnosić ceny. Rolnictwo w Unii traci trwale konkurencyjność względem plantatorów z Brazylii, Chin, Rosji. Te kraje, w różny sposób dotując produkcję rolną, zaczynają skutecznie konkurować ze Starym Kontynentem. Po kilku latach zmniejsza się produkcja we Francji, Niemczech, Polsce o około 20 proc. Europa zaczyna importować żywność. Zmiany demograficzne na wsi dodatkowo zamykają możliwość produkcji. Europa musi konkurować o żywność, której ceny rosną.

— Oczywiście europejski przemysł nawozowy, jak każdy inny, powinien dążyć do ograniczenia emisji. Te działania powinny być jednak uzasadnione możliwościami technicznymi, kosztami i efektem końcowym. Nikt z decydentów w Unii tak naprawdę nie wyjaśnił jej obywatelom, jakie skutki będą miały dla nich ograniczenia nakładane na przemysł. Stanowisko europejskiej branży nawozowej w czasie prac legislacyjnych nie było jednak jednogłośne. O równe zasady gry walczyło kilka krajów, w tym najsilniej Polska — podkreśla Paweł Jarczewski.

Najwięksi producenci nawozów, np. Yara, już produkują poza granicami UE.

CO2 bez granic

Jego zdaniem, problem polega na tym, że regulacjami w zakresie obniżenia emisji nie są objęte kraje Bliskiego Wschodu, Chin, Rosji czy USA.

— W Unii już pojawiają się firmy z tych regionów, które inwestują w infrastrukturę umożliwiającą import nawozów do Unii Europejskiej. Kupują koncerny nawozowe oraz magazyny w portach służące do importu surowców. Jest mało prawdopodobne, by kontynuowały produkcję amoniaku w Europie z chwilą, kiedy przestanie to być opłacalne — ocenia Paweł Jarczewski.

Orascom, egipski producent nawozów i melaminy, kupił niedawno koncern DSM oraz magazyny w porcie w Rotterdamie służące do importu amoniaku.

— Dlaczego Unia Europejska chce dokonać tak znaczącej redukcji emisji gazów cieplarnianych oraz dlaczego świadomie chce pozbawić się konkurencyjności? Co będzie z samowystarczalnością żywnościową? — pyta Paweł Jarczewski.

Recepta na przetrwanie

Zdaniem prezesa największej w kraju spółki nawozowej, Unia musi sobie odpowiedzieć na pytanie, jak widzi przyszłość rolnictwa i przemysłu nawozowego, bo wraz ze wzrostem liczby ludności zapotrzebowanie na żywność będzie rosło. Okazją będzie prezydencja Polski w Unii Europejskiej, która rozpoczyna się w lipcu.

— Według Izby Zbożowo-Paszowej, Polska tylko w 40 proc. wykorzystuje potencjał produkcji zbóż. Mamy szansę stać się eksporterem nadwyżek żywności. Musimy więc postawić na rolnictwo. Rosja już to robi — mówi Paweł Jarczewski.

Dziś, mimo posiadania 10 proc. światowej powierzchni ziem uprawnych, Rosja jest importerem żywności netto. Raport Companies and Markets (CM) prognozuje, że już w 2013 r. Rosja stanie się największym eksporterem pszenicy. Decydenci już to zauważyli. W 2009 r. prezydent Rosji dekretem powołał firmę OJSC United Grain Company zajmującą się obrotem zbożami, która ma prowadzić m.in. działania interwencyjne, rozwijać eksport zbóż, odpowiadać za modernizację i budowę nowych elewatorów oraz terminali portowych.

Okiem eksperta

Trzeba znaleźć złoty środek

Władysław Piasecki, wiceprezes Krajowej Rady Izb Rolniczych

Limitowanie emisji CO2 stanowi zagrożenie m.in. dla producentów nawozów sztucznych, zmuszając ich do dużych wydatków na związane z tym inwestycje.Nie podzielam jednak opinii, że z tego powodu zagrożona jest produkcja rolna i samowystarczalność żywnościowa Polski czy Unii. Przy rozsądnie prowadzonej polityce rolnej i środowiskowej UE może znaleźć złoty środek pomiędzy ograniczeniem emisji CO2 a produkcją. O limitach trzeba jednak dalej rozmawiać na forum międzynarodowym i w razie potrzeby je renegocjować. Niestety, do taniej żywności powrotu już nie będzie, lecz nie tylko z powodu CO2. Wpływają na to też: rosnący popyt światowy, anomalie pogodowe i wzrost zamożności społeczeństw.

W interesie polskiej gospodarki i polskiego rolnictwa jest utrzymanie produkcji nawozów w Polsce. Daje ona gwarancję stabilności naszej branży rolnej. Gdybyśmy przestawili się na import nawozów, w końcu mogłoby dojść do monopolizacji rynku i dyktatu cenowego zagranicznych koncernów. Dywersyfikacja źródeł zaopatrzenia jest bardzo potrzebna.

Okiem eksperta

Jest się czym martwić

Krzysztof Żmijewski, profesor Politechniki Warszawskiej, sekretarz generalny Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji

Przemysł chemiczny nie ujawnia poziomu kosztów energetycznych, ale zakładamy, że stanowią one około 15 proc. kosztów produkcji, podobnie jak w innych krajach UE. Jego sytuacja zależy od tego, czy wywalczymy darmowe limity uprawnień do emisji C02 po 2013 r. Ważna jest tu energetyka, która ma szansę na 70 proc. darmowych uprawnień. Jeśli ich nie uzyska, koszty zakupu uprawnień podniosą cenę energii i ciepła o 67 proc. To z kolei spowoduje wzrost kosztów energetycznych przemysłu chemicznego o 10 proc. Wówczas koszty zakupu uprawnień do emisji dla chemii oraz koszty energii pochłoną marże firm chemicznych w Polsce. Ceny nawozów wzrosną, a ich producenci mogą nie wytrzymać konkurencji ze strony dostawców z Białorusi, Ukrainy i Rosji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Bytniewska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu