Ciepło, smacznie, ach, jak domowo!

Agnieszka Ostojska-Badziak
opublikowano: 2007-09-28 00:00

Ich dewiza: zadbaj o pracowników, a oni dobrze zajmą się twoimi gośćmi. Coś w tym jest... Dziś Marriottowie — drobni restauratorzy sprzed wieku — kontrolują hotelarskie imperium.

A zaczęło się od Hot Shoppe — baru z dziewięcioma stolikami. Otworzyło go — w Waszyngtonie przy 14. ulicy nr 3128 — dwóch wspólników: John Willard Marriott i jego przyjaciel Hugh Colton. By rozpocząć, złożyli się i zebrali — niebagatelną na owe czasy kwotę — 6 tys. dolarów. Wystarczyło na wyposażenie i wynajęcie niewielkiego lokalu w dobrym punkcie. Ruszył 20 maja 1927 r. Data okazała się historyczna, bo właśnie tego dnia Charles Lindbergh rozpoczął swój samotny, transatlantycki przelot samolotem.

Owce i buraki

John Willard Marriott przyszedł na świat 17 września 1900 r. w Osadzie Marriottów (Marriott Settlement) w stanie Utah. Był drugim z ośmiorga dzieci Hyruma Willarda i Ellen Morris Marriottów. Chłopiec uczył się uprawy buraków cukrowych i hodowli owiec. Szybko się przekonał, że najlepiej polegać tylko na sobie.

— Ojciec nauczył mnie odpowiedzialności. Zawsze mówił, co ma być zrobione. Nigdy jednak nie mówił, jak. To już była moja sprawa — tak wspominał dzieciństwo.

W wieku 13 lat wszedł do świata biznesu, nakłaniając młodsze rodzeństwo do pomocy przy uprawie sałaty na kilku arach ojcowskiej farmy. Zbiory przyniosły mu 2 tys. dol. zysku, który oddał tacie. Następnego roku ojciec powierzył mu sprzedaż 3 tys. owiec, wysyłając chłopca samego ze stadem do San Francisco.

Billy marzył jednak o życiu poza farmą. Po zakończeniu obowiązkowych dwóch lat misji w kościele mormońskim, do którego należała cała rodzina, powrócił do Utah. Postanowił zdobyć wykształcenie. Skończył Weber Junior College, a potem uniwersytet w Utah. Dodatkowe pieniądze na studia pochodziły z dorywczych prac, które łapał podczas misji.

Żona siłą napędową

Już kończąc studia, Marriott planował otwarcie własnego interesu w Waszyngtonie. W końcu trafił na mały franczyzowy bar A&W i zarezerwował prawa do franczyzy na Waszyngton, Baltimore i Richmond.

Dwa tygodnie po otwarciu lokalu wrócił do Utah — by się pobrać z Alice Sweet. Na ślubnym kobiercu stanęli w Salt Lake City 9 czerwca 1927 r., dzień po ukończeniu przez Alice uniwersytetu. Miesiąc miodowy pary to długa, męcząca podróż z Utah do Waszyngtonu fordem model T — prezentem ślubnym.

Młoda pani Marriott spodziewała się, że z interesami męża nie będzie miała wiele do czynienia. Im bardziej jednak przedsiębiorstwo się rozrastało, tym bardziej potrzebna była jej pomoc. Czytała fachowe książki, uczyła się przyrządzania specjałów od najlepszych kucharzy — m.in. od kucharza meksykańskiej ambasady — zbierała przepisy kulinarne do menu Hot Shoppe, nadzorowała wystrój nowo otwieranych lokali. Gdy sieć się rozrosła, przyłączyła się do nadzorczych ekspedycji męża.

— Często czekałam wieczorem w samochodzie lub szłam na spacer, by z daleka sprawdzić, jak działa interes — mówiła.

Urodziła dwóch synów: J. Willarda juniora w 1932 r. i Richarda w 1939 r. Wychowanie dzieci odciągnęło ją wprawdzie od biznesu, ale pozostawała jego siłą napędową. Gdy w 1960 r. J. Willard jr. zaczął rozszerzać działalność firmy — ze specjalizującej się w restauracjach do obejmującej również hotele — najpierw musiał zdobyć poparcie matki.

Więcej niż piwo

Początkowo w barze przy 14. ulicy — noszącym jeszcze nazwę A&W — sprzedawano tylko korzenne piwo i drobne przekąski (tak przewidywała franczyza). Marriottowie zdawali sobie jednak sprawę, że na to, by klienci wracali, potrzeba czegoś więcej niż kufel piwa czy kawa z mlekiem. Wystarali się o specjalne pozwolenie franczyzodawcy na sprzedaż jedzenia. Gdy pojawiły się ciepłe dania, lokal zmienił nazwę na Hot Shoppe.

Rok później, w 1928, Marriottowie byli właścicielami trzech podobnych barów, w tym jednego „drive-in” — pierwszego tego typu lokalu na wschodnim wybrzeżu. Jego formuła — ciepła, smaczna kuchnia i napoje w przystępnych cenach, a do tego miła, uśmiechnięta obsługa — to był strzał w dziesiątkę. Nawet w 1930 r., w czasie najgłębszego kryzysu, mieszkańcy Waszyngtonu tłumnie pojawiali się w tych restauracjach. Liczba lokali rosła.

Jednocześnie zaczęto rozwozić po domach dania na zamówienie. Setki jednakowo umundurowanych chłopców, określanych mianem „biegających”, kursowały między kuchnią ponad tuzina restauracji a domami klientów. Do końca lat 30. lokale Hot Shoppes stały się centrami ówczesnego życia towarzyskiego. Umawiano się tam na spotkania biznesowe, randki czy rodzinne obiady niedzielne.

Marriottowie byli również pionierami kateringu lotniczego. Gdy pasażerski ruch lotniczy zaczął się dopiero rozwijać, otworzyli — w 1937 r. — punkt na lotnisku w Waszyngtonie. Ta odnoga firmy szybko rozkwitła, a Marriottowie stali się największymi na świecie dostawcami posiłków na pokłady samolotów.

Biznes widzę ogromny

Wojna i związana z nią dobra koniunktura przyniosły rodzinie możliwości otwierania kolejnych restauracji. Powojenna rzeczywistość również okazała się łaskawa. Pierwsi, jeszcze przedwojenni klienci, zaczęli przyprowadzać dzieci, rozszerzano menu, unowocześniano wnętrza. Do końca 1965 r. w Stanach działało już 70 Hot Shoppes.

W lata 50. firma weszła z nowym pomysłem. W 1953 r. zadebiutowała na giełdzie, by nadal poszerzać działalność. W 1957 r. — w pobliżu międzynarodowego lotniska Arlington w Wirginii — stanął pierwszy motel Marriottów. To nazwisko zaczęło pojawiać się w nazwach obiektów dopiero w 1964 r., gdy — równolegle do stale rosnącej sieci Hot Shoppes — familia rozwinęła również hotelarską gałąź firmy.

Lata 80. owocowały zmianami. Choć Hot Shoppes pozostały sercem interesu, to agresywna konkurencja nowych sieci fast foodów, związana z przyjęciem przez Amerykanów pośpiesznego stylu życia, spowodowała, że Marriottowie zaczęli koncentrować się na innych branżach. Ich sieć restauracji hołdowała tradycjom, a zdrowe, smaczne jedzenie nie do końca odpowiadało nowym wzorcom. Koniec końców, u schyłku lat 80. rodzina podjęła decyzję o porzuceniu restauratorskiej branży.

Założyciel sieci Hot Shoppes zmarł w 1985 r. Cokolwiek by robił — mnożył restauracje, otwierał nowe hotele, ulepszał procedury — oddychał i żył marzeniem o wielkim biznesie. Nawet gdy obowiązki przejął jego najstarszy syn, nie potrafił pozwolić sobie na odpoczynek. Uwielbiał składać wizyty w odległych restauracjach sieci, sprawdzać, jak idzie biznes. Bill sprawował również funkcje kierownicze w kościele mormońskim. Pomagał biednym, wspierał naukę.

Alice Marriott przeżyła męża o 15 lat. Zmarła w kwietniu 2000 r. w wieku 92 lat. Zostawiła dwóch synów, czwórkę wnucząt i 23 prawnucząt.

Sagi ciąg dalszy

Po śmierci pary założycielskiej, w sadze rodu Marriottów zaczął się nowy rozdział: zarządzanie firmą do reszty przejął najstarszy syn, John Willard Marriott jr., do dziś prezes i dyrektor zarządzający Marriott International.

Tak naprawdę dzierży ster już ponad pół wieku. Od najmłodszych lat wykazywał chęć i determinację, by pójść w ślady rodziców i przejąć rodzinny biznes. W szkole średniej i podczas studiów pracował w sieci Hot Shoppes — prawie na każdym stanowisku. Do załogi dołączył w pełni w 1956 r. i wkrótce przejął dowodzenie pierwszym hotelem. W 1964 r. ojciec oficjalnie powierzył mu cały biznes.

Kto przejmie stery po drugim pokoleniu Marriottów? Kandydatów jest co najmniej kilku. Bo John Willard Marriott jr. ma czwórkę dzieci i 14 wnucząt.

Agnieszka Ostojska-Badziak

Foto: ARC