Ciepłownicy mają żal do URE

Elektrociepłownie opalane gazem pozostaną wyłączone, bo wsparcie jest za niskie — alarmuje branża.

Miało być dobrze, a nie jest. Branża ciepłownicza alarmuje, że przywrócony nieco ponad miesiąc temu system wsparcia w postaci żółtych certyfikatów nie spełnia swojego zadania. Winią za to Urząd Regulacji Energetyki (URE).

Liczyli na więcej

System wsparcia dla firm, które produkują ciepło i prąd w skojarzeniu (czyli w kogeneracji), opiera się na certyfikatach, które zapewniają wytwórcom dodatkowy przychód. Czerwone URE przyznaje źródłom węglowym, a żółte — gazowym.

Wartość pierwszych zawsze była relatywnie niska, więc ich wpływ na rentowność elektrociepłowni węglowych nie był istotny. W przypadku gazówek jednak wartość certyfikatów, która w ostatnich latach sięgała stukilkudziesięciu złotych za megawatogodzinę, znacząco wpływa na finanse firm. Problem dziś w tym, że w tym roku żółte papiery nie poszybują tak wysoko jak w 2013 r.

URE wyznaczył właśnie opłatę zastępczą na poziomie 110 zł (tłumacząc, że oparł się na algorytmie uzależnionym m.in. od cen energii elektrycznej), a to oznacza, że firmy dystrybucyjne, które mają obowiązek kupować certyfikaty lub uiszczać w gotówce opłatę, będą skłonne płacić za nie, na giełdzie lub w umowach dwustronnych, najwyżej 110 zł. Praktyka rynkowa wskazuje bowiem, że opłaty zastępcze wyznaczają maksymalny poziom cen certyfikatów. Branża liczyła na znacznie więcej.

— Oczekiwaliśmy opłaty rzędu 150-160 zł/MWh. Zwłaszcza że w 2013 r. wynosiła 149,3 zł/ MWh. Przy ledwie 110 zł za MWh nie opłaca się przywracać produkcji w wyłączonych dziś elektrociepłowniach gazowych — uważa Andrzej Gajewski, prezes PGNiG Termika, największego zespołu elektrociepłowni w Polsce.

PGE nie włącza

W zeszłym roku gazówki były wyłączane, bo rząd nie zdążył z nowelizacją przepisów i przez rok system żółtych i czerwonych certyfikatów w ogóle nie działał. Elektrociepłownie pozbawione wsparcia przynosiły wtedy straty, które można było zmniejszyć, wyłączając źródło (zrobiły tak m.in. PGE czy Fortum). PGE nadal nie włączyła bloków w Rzeszowie i Lublinie. Fortum swój włączył, choć z bólem serca.

— Wartość żółtych certyfikatów zbliżona do 110 zł nie zapewnia nam opłacalności produkcji skojarzonej. Mimo to, mając na względzie minimalizację strat, zdecydowaliśmy się na wznowienie kogeneracji w niewielkim źródle gazowym w Świebodzicach — mówi Arkadiusz Kosiel, dyrektor ds. regulacji i taryf w Fortum.

Nie tylko zbyt niska opłata zastępcza, ale w ogóle obecny system certyfikatów nie zachęca do inwestycji. A w budowie są właśnie bloki gazowe, m.in. w Stalowej Woli (inwestycja Tauronu i PGNiG Termiki) i we Włocławku (PKN Orlen). PGNiG Termika szykuje się też do budowy elektrociepłowni gazowych na warszawskim Żeraniu i w Poznaniu. Dwa ostatnie projekty to wyjątki od smutnej reguły.

— Inwestycja na Żeraniu się spina, bo mamy tam stabilny rynek odbiorców ciepła, a w Poznaniu nasz blok będzie pracował na gazie wydobywanym przez PGNiG lokalnie, czyli tańszym. Generalnie jednak brak stabilnego systemu wsparcia to bardzo duży problem — tłumaczy Andrzej Gajewski.

— Dzisiejszy system będzie obowiązywał tylko przez cztery lata. To zbyt krótko, aby zachęcić do inwestycji w nowe źródła. W energetyce potrzebny jest wieloletni, stabilny system wsparcia dedykowany nowym elektrociepłowniom — uważa Arkadiusz Kosiel.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy