Zjawiskiem powszechnym jest natomiast wysoki odsetek odnawialności mandatów. Absolutnie nie świadczy to jednak o wysokim poziomie władz samorządowych, lecz o ich personalnym zabetonowaniu. Nic nie pomogła istotna zmiana systemu, wprowadzona przez nowy kodeks wyborczy — oprócz 65 największych miast na prawach powiatu, we wszystkich pozostałych gminach/miastach rady wybrane zostały w okręgach jednomandatowych. Czyli w systemie, który po ewentualnym wprowadzeniu w wyborach do Sejmu miałby stać się lekiem na całe zło polskiej polityki. Gminne wyniki dowodzą, że same jednomandatówki niewiele dają. W pierwszych kadencjach po odrodzeniu się w 1990 r. samorządu gminne mandaty zdobywało wielu kandydatów startujących indywidualnie pod własnym nazwiskiem. Obecnie całkowicie dominują w radach drużyny, albo wprost partyjne, albo taktycznie pochowane za szyldami różnych lokalnych wspólnot czy inicjatyw. Partie mają po prostu niezrównanie większe możliwości prowadzenia kampanii.

Położenie przez partie ręki na samorządzie, także gminnym, nie jest jednak największą jego patologią.
Groźniejsze zjawisko to rozrost kasty zawodowych działaczy samorządowych, którzy nic innego nie umieją robić. Przed niedzielnym głosowaniem kolejny raz wypłynął temat zdobywania przez wójtów/burmistrzów/prezydentów władzy na czwartą czy piątą kadencję. Rzadziej, ale podobne przypadki spotyka się także na poziomie powiatów i województw. Sprawowanie bardzo silnej władzy wykonawczej przez dwadzieścia jest oczywistą patologią, podobnie jak klakierska argumentacja „A po co go zmieniać, skoro jakoś tam się sprawdza”.
W niedzielę społeczne mandaty radnych zdobyła masa etatowych pracowników samorządowych. Kodeks nie zabrania im kandydowania do organów stanowiących na innych szczeblach lub w innych jednostkach samorządu terytorialnego. Dlatego np. w sejmikach wojewódzkich po 16 listopada znowu zasiądzie tak wielu urzędników samorządowych lub okołosamorządowych ze szczebla gminnego i powiatowego. System dopuszczający takie wypaczenie idei samorządności znajduje od lat obrońców we wszystkich sejmowych partiach.
Kodeks wyborczy przejął z poprzedniej ordynacji i pobłogosławił jeszcze jedną patologię. W całym kraju kandydaci na wójtów/burmistrzów hurtowo startowali w macierzystych gminach/miastach również do rad powiatów. W razie podwójnego sukcesu oczywiście wybiorą fotel wójta/burmistrza, a do rady powiatu wskoczy kolejny kandydat z listy. Wyborcy zadający podczas kampanii logiczne pytanie „To właściwie gdzie pan kandyduje i co chce robić?” nie dostawali uczciwej odpowiedzi. Naprawdę chodziło wyłącznie o zimną taktykę wyborczą, czyli tzw. pociągnięcie listy powiatowej przez potencjalnego wójta/burmistrza. Dopóki prawo wyborcze będzie błogosławiło tak jawną kpinę z wyborców — klasa politycznych decydentów nie ma prawa lamentować nad niską frekwencją.