Przez pięć dekad komunizmu władze PRL skutecznie odcinały polską gospodarkę od zagranicznego kapitału. Nie było to trudne, wystarczył prosty przepis, zgodnie z którym za granicę nie można było wyprowadzać żadnych zysków.
Po takiej „kuracji” polska gospodarka cierpiała na niedobór kapitału i inwestycji oraz zacofanie technologiczne. Dlatego po wprowadzeniu wolnego rynku jak powietrza potrzebowała zagranicznego kapitału. Umożliwienie obcym firmom łatwego inwestowania w Polsce było jednym z najważniejszych elementów pakietu reform Leszka Balcerowicza. W 1989 r. zniesiony został zakaz transferowania poza Polskę zysków oraz zlikwidowano regulacje, które określały, na jakich zasadach zagraniczne firmy mają płacić polskim pracownikom wynagrodzenia (zniesiono tzw. popiwek, który wiązał wzrost płac z inflacją).
Obcy kapitał był jedyną nadzieją na szybkie wyciągnięcie Polski z gospodarczej zapaści. W odróżnieniu od firm krajowych (głównie nierentownych państwowych molochów i dopiero raczkujących przedsiębiorstw prywatnych) zagraniczne firmy mogły na szeroką skalę inwestować — zakładać w Polsce fabryki czy zaopatrywać sklepy w rozmaite dobra. Zagranicznych inwestorów nie trzeba było długo prosić o przyjazd do Polski, sami chętnie lokowali tu kapitał. Rynek prawie 40 mln wyposzczonych przez komunizm konsumentów był dla nich łakomym kąskiem. Początkowo obce firmy przejmowały głównie prywatyzowane państwowe spółki, jednak wkrótce zaczęły też budować własne struktury.
Symbolem tych przemian było otwarcie w czerwcu 1992 r. pierwszej w Polsce restauracji McDonald’sa, a później głośne były otwarcia fabryk Fiata, Toyoty, LG, Elektroluksa czy koncernu Procter & Gamble. Obecnie zagraniczni inwestorzy mają zainwestowane w Polsce 1,78 bln zł (410 mld EUR) i udziały w około 27 tys. firm zarejestrowanych w naszym kraju. Przedsiębiorstwa te zatrudniają prawie 1,6 mln osób, czyli dają pracę prawie co czwartemu pracownikowi polskiego sektora przedsiębiorstw (zatrudnia on łącznie 5,5 mln osób).
Najwięcej kapitału mają zainwestowane w Polsce podmioty z Niemiec (15 proc.), Holandii (14 proc.) i Francji (12 proc.). Problemem jest to, że zagranicznym inwestorom pozwoliliśmy się zaszufladkować jako kraj niskich kosztów pracy, do którego warto przenosić tylko proste zlecenia.