Co kraj, to inne obyczaje w pracy i biznesie

Miro Konkel
opublikowano: 2011-03-29 08:40

Anglicy cenią poczucie humoru. Niemcy są śmiertelnie poważni. A Rosjan trzeba tylko chwalić. Jak rozmawiać z zagranicznymi partnerami?

— Jeśli siadasz do stołu z zagranicznym partnerem, musisz wiedzieć, co lubi, a czego nie znosi. W dużej mierze zależy to od kraju, z którego pochodzi — tłumaczy Marek Suchar, prezes firmy doradczej IPK.

Ekspert ostrzega, że z biznesmenami zza wschodniej granicy niczego nie da się załatwić mailami, faksami czy nawet telefonem. Konieczne jest spotkanie twarzą w twarz. I serdeczna atmosfera, oznaczająca często zatarcie granicy między sferą zawodową, a prywatną. Niemcy również preferują kontakt bezpośredni. Tyle że bardzo formalny. I biada, jeśli zapomnimy o tytule naukowym naszego klienta.

— Jeśli do ważnego prezesa z Hamburga nie powiemy "herr doktor", szanse na intratny kontrakt maleją — uprzedza Marek Suchar.

Pracawmiędzynarodowym zespole wymaga znajomości różnic kulturowych.
Pracawmiędzynarodowym zespole wymaga znajomości różnic kulturowych.
None
None

Luz kontrolowany

Jeśli biznesmeni zza Odry są podczas negocjacji śmiertelnie poważni, to ich koledzy znad Tamizy bardzo lubią kontrolowany luz oraz inteligentne dowcipy.

— Naturalność, swoboda, skracanie dystansu to części składowe kultury anglosaskiej. Brytyjczyk nie wyobraża sobie rozmowy bez szczypty humoru — zauważa szef IPK.

Ale najbardziej na luzie są — według niego — Australijczycy. Jak wyjaśnia, nawet przy spontanicznych Anglikach i Amerykanach lepiej nie podejmować pewnych tematów, by nie ujawniły się różnice poglądów. Tymczasem z mieszkańcami Antypodów można dyskutować o wszystkim. Nie obrażą się nawet wtedy, gdy padną pod ich adresem jakieś krytyczne uwagi.

Są jednak narody, które można tylko chwalić. Na przykład Rosjanie.

— Jeśli w Moskwie powiesz, że na trasie z lotniska do hotelu były duże korki, to natychmiast usłyszysz, że w Warszawie z komunikacją jest jeszcze gorzej — twierdzi Marek Suchar.

Gdzie jeszcze trzeba uważać na każde słowo? Między innymi w krajach o kolonialnej przeszłości, takich jak Indie.

— Hindusi są niezwykle czuli na swoim punkcie. Mają kompleksy wynikające z ich trudnej historii. Trzeba więc stale okazywać im szacunek i podkreślać niezwykłość ich dokonań. No i lepiej darować sobie w stosunku do nich protekcjonalny ton — sugeruje konsultant.

Jaki PR najlepszy

Przedsiębiorcy z Indii docenią za to naszą skromność. Co innego Amerykanie. Przy nich musimy ciągle się chwalić. Pokazywać, że jesteśmy numerem jeden na świecie. I dlatego tylko z nami warto robić interesy.

— Pokora, umniejszanie swoich zasług, spokojne prezentowanie własnej oferty oraz hamowanie entuzjazmu — to wszystko się kłóci z rozpowszechnioną za oceanem filozofią sukcesu — stwierdza prezes IPK.

Za to w Skandynawii czy Estonii więcej zyskamy, rezygnując z krzykliwej autoreklamy.

— Wyolbrzymiając swoje znaczenie czy profity płynące ze współpracy z nami, z pewnością bardziej zrazimy, niż zachęcimy do siebie potencjalnych klientów z tych państw — podkreśla Marek Suchar.