Co ma orzeł bielik do kaprolaktamu

Dawid Tokarz
opublikowano: 2005-10-19 00:00

Członek Ordynackiej, poseł Platformy, dyspozytor zmianowy oraz dobry fachowiec, ale bezpartyjny.

Taki zarząd wprowadza dziś Zakłady Azotowe Puławy na giełdę.

— No co, chyba nie daliśmy d...?

W taki żołnierski sposób po prezentacji spółki, związanej z planem jej wejścia na giełdę, zwrócił się do grona analityków i dziennikarzy ekonomicznych Zygmunt Kwiatkowski, prezes Zakładów Azotowych Puławy (ZAP). Adresaci tego pytania są zgodni: fakt, nie dali.

Żniwo

Tylko inwestorzy indywidualni chcieli wyłożyć na akcje ZAP ponad 2,5 mld zł, gdy cała spółka (według ceny emisyjnej) warta jest niewiele ponad 1 mld zł. Nic dziwnego, że firma bez problemu „zgarnęła” z rynku niemal 300 mln zł (o swoją część akcji zażarcie walczyły też instytucje finansowe).

Inwestorzy uwierzyli zarządowi, który w kilka lat zmniejszył zadłużenie i koszty spółki, a w efekcie — znacznie poprawił jej wyniki finansowe. Graczom giełdowym spodobał się też bogaty program inwestycyjny, zakładający wydanie w ciągu kilku lat aż 700 mln zł (pójdą na to środki, pozyskane przy wejściu na giełdę oraz zyski i — ewentualnie — kredyty bankowe). Nowych akcjonariuszy nie zniechęciło nawet to, że — zgodnie z zapowiedziami zarządu — przez kilka lat mogą zapomnieć o dywidendzie.

Wynajęty człowiek

Do pełni szczęścia brakuje jedynie udanego debiutu. Zainteresowanie emisją spółki było jednak tak duże, że powinno być dobrze. Wszystko będzie jasne już dziś. O 9.30 władze giełdy i Azotów świętować będą pierwsze notowanie firmy na warszawskim parkiecie.

Fiesta nie będzie jednak trwała długo. Przynajmniej dla jednego z członków zarządu — Włodzimierza Karpińskiego. Powód? Także dziś (o 11.00) dojdzie do inauguracyjnego posiedzenia nowo wybranego Sejmu. Jednym z 460 ślubujących posłów będzie... Włodzimierz Karpiński, w tym momencie nie będący już członkiem zarządu ZAP (prawo zabrania posłom zasiadania we władzach spółek z większościowym udziałem skarbu państwa). To nie tylko menedżer, ale — od wielu lat — radny Puław (w latach 1994-2002 także wiceprezydent tego miasta) i działacz Platformy Obywatelskiej.

— Jak pan sądzi, czy po wyborach pan Kwiatkowski pozostanie na stanowisku? Przedstawiciele Platformy Obywatelskiej i PiS zapowiadają skrupulatne przyjrzenie się władzom spółek skarbu państwa...

— Wie pan, nasze zadanie to skutecznie prowadzić firmę. Na pewno politycy nie powinni decydować o losie menedżerów, nawet w spółkach skarbu państwa. Poza tym nie czuję się właściwym adresatem tego pytania.

— Może zadam je inaczej. Czy dobrze się panu współpracowało z Zygmuntem Kwiatkowskim?

— Dobrze. To bardzo dobry menedżer. Pod jego kierownictwem Azoty zrealizowały inwestycję wartą ponad 100 mln USD, co przełożyło się na wyniki. A teraz spółka znów zdobyła prawie 100 mln USD — na następne inwestycje — wylicza.

To nie musi jednak dawać szefowi Azotów certyfikatu bezpieczeństwa. Wystarczy przypomnieć kilka faktów z jego życiorysu. Od końca lat 70. aktywny działacz Socjalistycznego Zrzeszenia Studentów Polskich, przez kilka lat dyrektor lubelskiego oddziału towarzystwa ubezpieczeniowego Polisa, jeszcze w zeszłym roku — członek rady naczelnej Stowarzyszenia Ordynacka. Za jego powołaniem w 2002 r. na stanowisko prezesa ZAP stał inny członek Ordynackiej — ówczesny szef resortu skarbu Wiesław Kaczmarek. To wszystko nie musi podobać się członkom PO i PiS. I Zygmunt Kwiatkowski ma tego świadomość...

— Od ponad trzech lat zdaję sobie sprawę, że jestem menedżerem wynajętym. I że każdy minister skarbu państwa, bez względu na to kto nim jest, ma prawo odwołać mnie w każdej chwili. I jeśli do takiej decyzji dojdzie, będę po prostu musiał ją przyjąć — mówi.

— A jak będzie? Pańska biografia może działać na niektórych przedstawicieli planowanej koalicji PiS-PO jak płachta na byka...

— Jak będzie, nie wiem... Ponad miesiąc temu wygrałem konkurs na prezesa i chciałbym dalej realizować program rozwoju spółki, którego jestem współautorem. To ja przecież przedstawiałem go wszystkim nowym akcjonariuszom — przypomina.

Nie ukrywa, że liczy przy tym na poparcie inwestorów finansowych, którzy zapewne wprowadzą swoich przedstawicieli do rady nadzorczej ZAP.

Związek ze związkiem

Polityczne kryterium to jedna ze słabych stron spółki, wymienianych przez giełdowych analityków. Jednym tchem dodają także siłę związków zawodowych. I trudno się dziwić. Pracownicy mają prawo desygnowania członka zarządu i dwóch z pięciu członków rady nadzorczej. Na niemal 3300 pracowników ponad 2000 to związkowcy.

Najliczniejszy z czterech działających w ZAP związków — Związek Zawodowy Pracowników Ruchu Ciągłego — jest też najaktywniejszy. Jeszcze rok temu, mimo dobrych wyników spółki, domagał się odwołania Zygmunta Kwiatkowskiego, wysuwając w stosunku do niego wiele zarzutów. Sławomir Wręga, szef tego związku, już dziś zapowiada protesty, jeśli skarb państwa zdecyduje się na sprzedaż większościowego pakietu ZAP inwestorowi strategicznemu (taki kolejny etap prywatyzacji przewiduje program, przygotowany przez władze Azotów).

— Związkowcy popierają ścieżkę prywatyzacji przez giełdę. To nie skarb państwa, a inwestor prywatny jest najbardziej efektywny, jeśli chodzi o rozwój spółki. I dlatego wszyscy, także związkowcy, powinni dążyć do pozyskania takiego inwestora — mówi Zygmunt Kwiatkowski.

— Pracownicy sprzeciwiali się poprzednim planom rządu, które zakładały tzw. konsolidację produktową. To oznaczałoby bowiem poszatkowanie ZAP. Prywatyzację przez giełdę popieramy. To klarowna droga rozwoju firmy i przyznania pracownikom akcji pracowniczych — wtóruje Mieczysław Wiejak, członek zarządu, delegowany przez pracowników (w Azotach od 1974 r., od 1982 r. na stanowisku dyspozytora zmianowego).

Bezpłatne przyznanie akcji pracowniczych to marchewka dla związkowców. W ręce dawniej i obecnie zatrudnionych trafią walory, warte prawie 110 mln zł! Pracownicy nie mogą też narzekać na pensje. W 2004 r. średnia płaca w gospodarce dla całej Polski wynosiła 2290 zł. W tym samym roku co miesiąc do kieszeni „przeciętnego pracownika” ZAP trafiało 3141 zł. Dużo, zwłaszcza gdy uwzględni się, że Puławy leżą na Lubelszczyźnie, będącej jednym z najbiedniejszych regionów w kraju.

Kosztowny gaz

Niektórzy ze specjalistów zwracają uwagę na jeszcze jedno zagrożenie: uzależnienie od dostaw gazu ze strony PGNiG. ZAP to największy w kraju odbiorca tego surowca (zużywa około 8 proc. krajowego zapotrzebowania). Co roku spółka płaci za dostawy prawie 500 mln zł! To 28 proc. wszystkich kosztów! Współpraca z gazowym monopolistą nie układa się najlepiej. Od 1999 r. umowę między firmami aneksowano 80 razy. Kiedy Azoty kilka lat temu popadły w tarapaty, zadłużenie do PGNiG sięgnęło 130 mln zł. Dobre wyniki spółki pozwoliły jednak na spłatę całej kwoty (marzec 2004 r. — marzec 2005).

Nie poprawiło to stosunków pomiędzy dwoma gigantami. Azoty od lat narzekają na wysokie ceny surowca, wynikające z de facto monopolistycznej pozycji PGNiG. Co ciekawe — paradoksalnie presja wysokich cen zmusiła odbiorcę do ciągłego szukania oszczędności — i dlatego spółka ma dziś bardzo dobry wskaźnik zużycia gazu na tonę amoniaku (jeden z najlepszych na świecie).

Ograniczenie zużycia nie rozwiązało problemu. Już poprzednie władze spółki, z Mirosławem Malinowskim na czele, zamierzały sprowadzać tańszy gaz z Białorusi. Nowy zarząd, kierowany przez Zygmunta Kwiatkowskiego, najbardziej liczy na kierunek ukraiński. O determinacji władz ZAP może świadczyć, że to właśnie na terenie Azotów w czerwcu 2005 r. odbyło się spotkanie ówczesnej premier Ukrainy Julii Tymoszenko z grupą około 20 przedstawicieli największych polskich przedsiębiorstw.

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że debiut Puław na giełdzie przesunięto z września na październik z powodu planów wejścia na GPW w tym samym okresie PGNiG.

— W prospekcie PGNiG w czynnikach ryzyka wymieniona jest możliwość skłaniania się dużych odbiorców tej spółki do korzystania ze źródeł gazu zza wschodniej granicy. Dla PGNiG to istotne ryzyko, dla nas — co najmniej równie istotna szansa. I w tym kierunku idą nasze starania — mówi Marcin Buczkowski, ten bezpartyjny członek zarządu ZAP, odpowiedzialny za finanse (trafił do spółki dwa lata temu, wcześniej był doradcą w Nafcie Polskiej, jak sam mówi — jest nie mieszającym się do polityki człowiekiem do wynajęcia).

Marcin Buczkowski twierdzi, że nowych informacji co do dostaw gazu można spodziewać się już wkrótce. Na razie jednak wysokie ceny tego surowca wpływają na planowane wyniki Azotów (w kolejnym roku przychody pierwszy raz od kilku lat mają pozostać na takim samym poziomie, a zysk netto będzie prawie dwa razy mniejszy).

— Prognozy wyników spółki przewidują wzrost średniorocznej ceny gazu o 20 proc. (zgodnie z zapowiedziami PGNiG — przyp. aut.) i jednoczesne utrzymanie cen na produkowane przez nas nawozy na podobnym poziomie. To efekt realistycznego, choć konserwatywnego podejścia. Będziemy pracować, by pozytywnie zaskoczyć rynek — zapewnia Marcin Buczkowski.

Miasto

Polityka, związki, gaz... A miasto?

Liczące 53 tysiące mieszkańców Puławy to przede wszystkim ZAP. Większość rodzin — w taki czy inny sposób — powiązana jest z Azotami. Kiedy władza ludowa wpadła na pomysł zbudowania w tej okolicy fabryki nawozów, miasto było pęknięte. Z jednej strony — stara inteligencja, nauczyciele, pracownicy Instytutu Gospodarki Wiejskiej i Leśnej oraz Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa. Z drugiej — napływowi: inżynierowie, technicy i chłoporobotnicy. Taka, a nie inna historia sprawiła, że w mieście nie było naturalnego, powolnego kształtowania się klasy średniej. Nawet dziś mała przedsiębiorczość jest zależna od ZAP. Jak mówi Włodzimierz Karpiński: i diler samochodowy, i fryzjer nawet.

By to zmienić, dwa lata temu samorząd i Azoty, na ziemiach należących czy to do gminy czy kombinatu, powołały Puławski Park Przemysłowy. Inwestorzy, którzy zdecydują się ulokować tu swe fabryki, dostaną ulgi w podatku od nieruchomości i bardzo dobrze rozwiniętą infrastrukturę. Nie zdecydował się jeszcze nikt, ale — zapewniają władze Azotów i miasta — to kwestia czasu. Niedługiego.

Od sytuacji w ZAP w dużym stopniu uzależnione są nie tylko małe puławskie firmy. Także instytucje kulturalne, oświatowe czy służba zdrowia. One właśnie odczuły mocno przeprowadzoną przez Azoty w ostatnich latach restrukturyzację. Nakłady na działalność charytatywną spadły kilkakrotnie. W mniejszym stopniu cięcie kosztów dotknęło puławskie kluby sportowe: kombinat przeznacza na nie rocznie (m.in. pierwszoligową drużynę piłki ręcznej) niezmiennie około miliona złotych.

Czarny bocian

Nie tylko dlatego dziś stosunki z miastem i jego mieszkańcami są znacznie lepsze niż niegdyś. Główny powód to ekologia. Przez dwie pierwsze dekady istnienia Azotów nikt nie zwracał uwagi na zatruwanie środowiska. No i oplatające zakłady lasy zmieniły się w pustynię. Tak realistyczną, że to właśnie na puławskich wydmach zespół Bajm nakręcił teledysk do kultowej piosenki „Nie ma wody na pustyni” (swoje klipy kręciła też w Azotach pochodząca z Puław, a znana swego czasu w całym kraju, punkowa kapela Siekiera).

Dopiero w 1985 r. opracowano program działań zmierzających do poprawy stanu środowiska na lata 1985-98. Kosztem 350 mln zł Azoty ograniczyły emisję pyłów o 82 proc., gazów — o 56 proc, a sterty gromadzonych w ciągu roku odpadów — o ponad połowę. W 1999 r. ZAP udało się opuścić krajową listę 80 zakładów najbardziej uciążliwych dla środowiska. Dobra droga.

— Puławianie postrzegali Azoty jako truciciela. To się przekładało na wizerunek całego miasta. By to zmienić, za mojej wiceprezydentury rozpoczęliśmy ścisłą współpracę z ówczesnymi władzami Azotów. Wydatki na ochronę środowiska stały się priorytetem i dla kombinatu, i dla samorządu. Efekt? Diametralna poprawa stanu środowiska i liczne nagrody z dziedziny ekologii dla obu stron. Mieszkańcy widzą już w ZAP tylko i wyłącznie dobrego pracodawcę, a Puławy zyskały wizerunek miasta ekologicznego — przekonuje Włodzimierz Karpiński.

Rzeczywiście: dziś wokół Azotów znów rosną lasy, a na obszarze fabryki gniazda zakładają choćby orzeł bielik czy czarny bocian. Nie zmienia to faktu, że co jakiś czas w miejscowej prasie mieszkańcy Puław skarżą się na uciążliwe zapachy i dym, unoszący się z ZAP. Suche fakty są jednak takie, że ostatnią karę za naruszenie norm środowiska Azoty otrzymały w marcu 2003 r. (39 tys. zł za przekroczenie dozwolonego poziomu dwutlenku siarki, wydobywającego się z zakładowej elektrociepłowni). A Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska i tę karę ma umorzyć — ze względu na kolejne proekologiczne działania spółki. W planie: ponad 100 mln zł trafi na inwestycje, związane z ochroną środowiska.

No, prawie sielanka.